Archive for unsound

The Necks – bez czasu

Posted in Uncategorized with tags , , , , on September 30, 2009 by Kamil Antosiewicz

Mija właśnie rok od koncertu The Necks na ubiegłorocznym festiwalu Unsound i wzięło mnie na wspominki. Jak dla mnie obok Fuck Buttons był to zdecydowany highlight i przyznam, że od tamtej pory nie słyszałem lepszego zespołu w kontekście live. Zwłaszcza na tle takich nudziarzy, jak Hauschka i Max Richter czy kompletnie żałosnego Xiu Xiu, The Necks brzmieli, jak reprezentanci zupełnie innej szkoły myślenia o muzyce. Abrahamson, Buck i Swanton zaczęli od niewinnej improwizacji, jakby szukali klucza dla kolejnych trzech kwadransów. Wkrótce znaleźli temat, który rozwinęli w monumentalny i masywny monolit. Słuchając ich z zamkniętymi oczami miało się wrażenie że zamiast fortepianu, basu i perkusji na scenę wyszli razem Charlemagne Palestine, La MonteYoung i Phill Niblock. Poniżej wklejam tekst napisany po rozmowie z Tonym Buckiem, który ukazał się rok temu w październikowym “Exklusivie”.

„Jazz może być bardzo nudny. Na szczęście, skromnie rzecz ujmując, robimy zupełnie inną muzykę niż wszyscy”. Te słowa Tony’ego Bucka, perkusisty australijskiego tria The Necks mogą posłużyć za podsumowanie blisko 20-letniej kariery zespołu. Choć wszyscy z muzyków mają silny jazzowy background, ich hipnotyczne i rozciągnięte w czasie płyty nagrane tylko przy pomocy garści instrumentów (na koncertach ograniczają się tylko do perkusji, fortepianu i kontrabasu) wykraczają poza stereotypowe wyobrażenia o gatunku. Nie ma na nich porywających solówek i ognistej ekspresji. Słychać natomiast echo słów Billa Laswella, który przy jakiejś okazji powiedział, że ta sama fraza zagrana nawet tysiąc razy pod rząd zawsze będzie brzmiała inaczej.

Zdarza się, że muzyka oddziałuje na nas jak film. Wciąga, hipnotyzuje, nie pozwala odejść od głośników. Ale w czasach Last FM i strumieni empetrójek odtwarzanych coraz częściej na chybił trafił z komputera, od którego coraz rzadziej chce nam się wstać, o skupienie nie jest łatwo. Muzyka staje się poszatkowanym soundtrackiem do co raz bardziej fragmentarycznych codziennych aktywności. W kontekście chwil krótkich jak piosenka, twórczość australijskiej grupy The Necks, która ponownie odwiedzi Polskę (tym razem grając na scenie krakowskiego festiwalu Unsound), wydaje się, delikatnie mówiąc, nieco nie z tej epoki. Tuż przed ich koncertem w Polsce (poprzedni odbył się w ramach Musica Genera w Szczecinie) złapaliśmy na spytki perkusistę The Necks, Tony’ego Bucka, który na stałe osiadł w Berlinie.

Godzina bezruchu
Zabawne jest przekopywanie się przez „świadectwa” osób, które po raz pierwszy zanurzyły się w muzycznym wszechświecie The Necks. „Przez godzinę nie dzieje się kompletnie nic!” – dzieli się swoimi przeżyciami z odsłuchu ”Sex”, ich pierwszej płyty, jakiś internauta. Dodaje jednak zaintrygowany: „To najciekawsza godzina, jaką spędziłem ostatnio przed głośnikami”.

„Czasami odnosimy wrażenie, że ludzie przychodzący na nasze koncerty zupełnie nie wiedzą co się za chwilę wydarzy. Innym razem, gdy już zaczynamy grać, wyczuwamy od razu, że niektórym chodzi po głowie pytanie: „co tu się do cholery dzieje?”. Nic dziwnego: widzą paru kolesi, którzy grają od dłuższego czasu to samo. W efekcie ludzie zaczynają się przemieszczać po sali, co sprawia, że sami zaczynami czuć się nieswojo. Najczęściej jednak widać, że „coś zaskoczyło”, że udało nam się zatrzymać uwagę tych ludzi na chwilę i że udali się z nami w „podróż””.

W ciągu trzech-czterech kwadransów The Necks są w stanie zbudować tętniące, podskórne napięcie, na jakie nie pozwala kilkuminutowy format piosenki. Ale to przekorna zabawa, bowiem cały czas czekamy, aż coś się wydarzy, jakiś imponujący finał, fajerwerki, zwrot akcji. Podobnie, jak w „Pikniku nad wiszącą skałą” Petera Weira, gdy historia opowiadana przez The Necks zwieńczy swój bieg i doprowadzi w końcu do rozwiązania, okazuje się, że wiemy jeszcze mniej, niż na początku. „Sex” (nomen omen) to rzecz długometrażowa. I wejście do świata The Necks może zakończyć się szokiem podobnym do tego, który przeżyłaby osoba żyjąca w świecie filmów krótkometrażowych po seansie Paradżanowa.

Na początku był seks
Debiut zespołu, wydany w 1989 roku, wyznaczył kierunek, który zespół obrał na przyszłość. Choć sami niechętnie odwołują się w wywiadach do jazzu, osią tej 56-minutowej kompozycji jest prosty, kilkuakordowy temat fortepianu. Poza tym dzieje się na prawdę niewiele – sekcja powtarza uparcie ten sam motyw, tu i tam fortepian pozwala sobie na drobne permutacje tematu. Pozornie tylko tyle. Po bliższym przesłuchaniu okazuje się, że ten oszczędny styl wcale nie jest surowy i pozwala na ekspresję równie tylu emocji, co płuca Coltrane’a.

„Reguły gry ustaliliśmy na samym początku – a konkretnie 21 lat temu. Do dzisiaj granie jest dla nas tym samym procesem, którym było wtedy. Rozwinęliśmy najwyżej paletę brzmień i język, którym się posługujemy, ale fundamentalne reguły pozostały niezmienione. To była bardzo świadoma i przemyślana decyzja. A czy gramy jazz? Jazz może być bardzo nudny. Muzycy jazzowi są strasznie zadufani w sobie, wskutek czego jazz stracił pewną rewolucyjną energię i energetyczny potencjał, którą posiadał. Wielu z nich czuje przynależność do takiej „jazzowej paczki” – niestety jest to jest dość nudny, męski klub. Na szczęście, skromnie rzecz ujmując, robimy zupełnie inną muzykę niż wszyscy”.

Cztery godziny z hakiem

The Necks to mistrzowie klimatycznych, transowych improwizacji, bliższych duchem minimal music, ambientowi, muzyce filmowej, albo instrumentalnemu post-rockowi. Ich wielowarstwowe kompozycje nie bardzo nadają się do radia: spośród ponad tuzina płyt zaledwie jedna (nie licząc ścieżki dźwiękowej do filmu „The Boys”) zawiera więcej niż dwa utwory. Ta starannie przemyślana strategia może doprowadzić na skraj załamania nerwowego słuchaczy cierpiących na problemy z koncentracją: przebrnięcie przez cztery ponadczterdziestominutowe utwory zebrane na 4-płytowym „Athenaeum, Homebush, Quay & Raab” będzie nie lada wyzwaniem. Ale to tylko pozory. Nieinwazyjna, stonowana i niezwykle nastrojowa muzyka The Necks sprawdza się równie dobrze jako muzyka tła i, jak mówią sami artyści, zapadnięcie w drzemkę w trakcie jest zupełnie naturalną reakcją.

“Dialog z czasem jest czymś, co bardzo nas interesuje: to, jak subiektywnie postrzegamy upływ czasu, jak elementy muzyczne nabierają znaczenia wskutek wielokrotnych powtórzeń, oraz jak czas wpływa na materiał, który już wykonaliśmy. Do tego ciekawi nas, jak słuchacze postrzegają upływ czasu podczas obcowania z nasza muzyką”.


Chodź, opowiem ci bajkę

W tych gargantuicznych monolitach, mogących stanowić soundtracki do nieistniejących filmów, można doszukiwać się rozmaitych muzycznych inspiracji. Eksploatacja jednego-dwóch motywów przez godzinę i studiowanie interakcji pomiędzy nimi to oczywiście pole minimal music. Taką metodę muzycy obrali na „Drive By” – niepokojącej, muzycznej alegorii kina noir albo – sądząc po tytule – kina drogi. Ale nie wszystkie płyty są tak mocno oparte na rytmie: „Aether” wypełnia cisza, w której co jakiś czas rozbrzmiewają impersjonistyczne crescenda. „Photosyntethic” mógłby nagrać Keith Jarrett, gdyby podczas kolońskiego koncertu miał pod ręką bańkę z eterem. „Hanging Gardens”, najbardziej gęsta i dynamiczna z płyt zespołu, flirtuje z wodewilowo-filmowymi klimatami, które odgrzewał z dobrym skutkiem Barry Adamson. Na „Chemist” The Necks zbliża się do najlepszych momentów chicagowskiego post rocka. „The Boys”, jedyna w ich karierze ścieżka dźwiękowa nagrana do nieco teatralnego, ale znakomicie trzymającego w napięciu thrillera Rowana Woodsa, eksploruje najczarniejsze pokłady duszy ludzkiej. Jakby tego było mało, w każdej z wymienionych płyt sporo jest improwizatorskich smaczków, nieoczywistych artykulacji, jakby fortepian, kontrabas i perkusja im nie wystarczały. Od jakiej strony zespół pokaże się na koncercie w Krakowie?

„The Necks ma dwie twarze: jedna z nich to zespół studyjny, druga – koncertowy. Podoba mi się, że wypracowaliśmy odrębne strategie dla tych dwóch środowisk i oba „projekty” sprawiają mi sporo satysfakcji. Różnice polegają na tym, że podczas koncertów zamieniamy się w akustyczny zespół, badający dźwiękowe ograniczenia jakie stwarzają trzy instrumenty: fortepian, kontrabas i perkusja. Każdy z naszych koncertów jest w pełni improwizowany i nigdy nic wcześniej nie planujemy. Inaczej wygląda praca w studio, gdzie chętniej korzystamy z możliwości, jakie stwarza nagrywanie na śladach i częściej sięgamy po inne instrumenty: organy, syntezatory, gitarę, sample. Pracy w studiu kończy się jednak drobiazgowo zaplanowaną kompozycją, w którą każdy z nas ma podobny wkład”.