Archive for smolken

Sloviyanskiy Shturm pt. 1

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , , , , , , , , on August 23, 2009 by Kamil Antosiewicz

Do grzebania w terytorium rozciągającym się pomiędzy Żmudzią a piekłem nieustannie inspiruje mnie Jacek Staniszewski – który ma równie wiele black metalowych płyt, co mixtape’ów z Dirty South i oba te zbiory mierzy się w terabajtach. Ta kosmiczna rozpiętość mówi o nim wszystko i wszystko znajduje się pomiędzy tymi punktami granicznymi. W zasadzie czuję się w tej chwili mega xerobojem, gdyż to nie ja powinienem o tym w tej chwili pisać, tylko on, bo nikt nie zna się na tym lepiej. No dobra, jest to więc mały tribute to JS!

Od razu mówię, że słuchanie NSBM i pokrewnych klimatów przychodzi mi łatwiej niż pisanie o nich. Jest wiele ku temu powodów, ale zasadniczo dlatego, że słowa kluczowe w takich postach, jak ten, układają się w postmodernistyczny kalejdoskop zbiorów o (pozornie!) niemożliwej części wspólnej:

triumf woli,
szatan,
chryzantemy złociste,
black metal,
“moim honorem jest wierność”,
synteza FM,
Wotan,
crust,
Baturyn,
aryjska duma,
8-bitowe procesory,
słowiańska duma,
panzerfaust,
bór,
Teksas,
krew,
ciemność,
free improv
.

Ścisła liczba nieortodoksyjnych blackmetalowych zespołów na wschód od Odry jest mi nieznana. Ale w zasadzie nie ma miesiąca, żebym nie ściągał stąd albo stąd dziwnej kasety demo wydanej kilka czy kilkanaście lat temu przez mieszkańca Ukrainy, Łotwy czy Rosji, który w zapadłej dziurze nie pisałby swojej własnej filozofii wymierzonej w homo sapiens, albo tylko w wybrane narody. Obok tej filozofii, rzadko wyłożonej przejrzyście a już prawie nigdy nie dość dobrze udokumentowanej (to niejedyne powody, dla których nie chciałbym się nią tutaj zajmować), jest naturalnie muzyka.

Wielu muzyków mówi o sobie w kategoriach “skrajny”, ale ci wykonawcy po prostu SĄ radykalni i dlatego zasługują na uwagę. Kompletnie nie interesują ich statystyki Billboardu, nie interesują ich sąsiedzi, nie interesuje ich, czy ktoś zrozumie, co śpiewają, nie interesuje ich dobra produkcja, ani analiza twórczości przez krytyków, nie interesuje ich uśmiech, nie interesuje ich Słońce, nie interesuje ich to wszystko, co rozumiemy zwykle pod pojęciem promocji, przemysłu muzycznego, poklasku, pozytywnej wymiany energii. To nie do nich przyjedzie pan z kamerą, by zadać pytanie, dlaczego spalono w okolicy kościół. Oni są po prostu outsiderami w światku, który i tak jest na obrzeżach. Szukając jeszcze bardziej ekstremalnych nośników ekstremalnych treści, docierają do terytoriów, których istnienia najprawdopodobniej się nie spodziewali. Rozbudowanych, akustycznych improwizacji, operowych lo-fi, elektroniki zastępującej gitary. Nie uważam, żeby było przesadą porównanie małomiasteczkowego białoruskiego elektro-black z congotronics, spontanicznym noise z Iranu, leśną sztuką naiwną, Sebastianem Buczkiem nagrywającym na własnoręcznie produkowanych woskowych cylindrach, itp.

Kolejność przypadkowa. Powiedzmy, że to jest część pierwsza i że c.d.n..

RAVENDARK
ravendark

Ravendark, prowadzony przez zamordowanego w 2005 roku Ulv Gegner Irminssona, wpisuje się w nihilistyczny nurt rosyjskiego narodowosocjalistycznego black metalu, surowego jak mróz ściskający w tundrze w lutym o północy. Obok Branikald, Forest i kilku innych zespołów, Ravendark stanowi trzon dość enigmatycznej organizacji Blaze Birth Hall, zrzeszającej muzyków (i nie tylko?) zainteresowanych ideami nazi i pogańskimi. Jak łączą w jedno swastyki, cerkiew prawosławną, Wotana i swoją słowiańską krew – nie mam pojęcia.

Dość teorii. Ravendark stawia na superszybki i pozbawiony jakichkolwiek ozdobników materiał. W tej zimnej muzyce można znaleźć magię, niekoniecznie ewokującą duchy przodków. Rzecz mało finezyjna, za to rozpaczliwa, ekstremalnie drapieżna i nieociosana. Kojarzyć się może ze starą sceną norweską lub drugą i trzecią falą prymitywnego black metalu: Ildjarn czy Bone Awl, choć bez crustowego łupu-cupu. Z pokrewnych płyt zdecydowanie warto polecić Branikald z płytą “Winterkalt” – ale tam więcej jest liryki niż epiki.

Ravendark – Eternal Freezing Moon (ze składanki “Blazebirth Hall: Hammerkrieg”)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/hammerkrieg-10-ravendark-eternalfreezingmoon.mp3?attredirects=0

FOREST
forest
O ile łatwo znaleźć jakiś link pomiędzy mizantropią Ravendark a klasycznym rockowym idiomem, o tyle u kolegów z Forest jest z tym trudniej. A przynajmniej w wypadku absolutnie kosmicznego utworu “Winter Howl” wydanego po raz pierwszy na płycie “Forset” 15 lat temu. Zamieszczony niżej w całości, ukazuje ten przepełniony jadem i dumą ze słowiańszczyzny blackmetalowy zespół w formie, o jaką podejrzewać można formacje zrzeszone wokół amerykańskiego, freefolkowego kolektywu Jewelled Antler. Wskażcie mi drugi zespół, który obnosi się z totenkopfami i gra, jak Steven R. Smith. Nie będę się rozpisywać, gdyż i tak nie ujmę tego lepiej, niż jak zwykle trafiający w samo sedno koledzy z nieocenionego w takich wypadkach sklepu Aquarius Records:

Finally, one of our all time favorite black metal records, out of print forever, is available again for a limited time. For those of you who somehow missed out on Russian black metallers Forest the first time around, they struck a particularly AQ chord with their impossible Jewelled Antler meets Burzum sound, and if Burzum-meets-Jewelled-Antler is not enough to get your black metal knickers in a twist, then there is something seriously wrong with you. Absolutely at the top of AQ’s essential black metal listening list. Here’s what we had to say about Forest when we first reviewed it way back when…

Ok, this is a black metal band, but non-metallers into the improv-drone sounds of the Jewelled Antler collective, Richard Youngs/Simon Wickham-Smith and the like should keep reading!

Not to be confused with the other Forest we’ve raved about (the psychedelic British folk band from thirty years ago), *this* Forest is a Russian black metal outfit, and a pretty good one belonging to the raw, primitive, corpse-painted end of the genre. The first four tracks on here consist of blasting, frozen Darkthrone worship, keeping alive the cult spirit that so few bands today still possess — maybe because those tracks were actually recorded in 1996. Malevolent, majestic pagan metal full of Burzumic mayhem. Fans of this vein of true, trancey black metal darkness will be pleased. And if that was all that was on this disc we’d think it was cool. But then comes the fifth and final track, a surprise twenty-minute opus called “Winter Howl” taken from a 1994 rehearsal tape. Suddenly Forest isn’t so obviously black metal at all, they’ve entered a psych-drone realm that’s more akin to the aforementioned Jewelled Antler stuff (Thuja, The Birdtree, etc.) or Taj Mahal Travellers or Reynols or Amon Duul’s krautrock jams, still as forest-y and primitive as the preceding metal songs though. A wavering whispy wordless vocal winds over a bed of lost, primal percussion and haunting washes of mild feedback. Simple melody lines on guitar wander through the increasing haze, with deeper vocals providing additional layers of drone. If you really heard this in a forest you’d be mesmerized and scared, but it’s really nice and pretty (in a damaged way) when heard at home…pretty to us anyway, dunno if Kaldrad and Dagorath meant it to be so! The vocals, until they get a little more metal-ly, totally remind us of the bliss-out singing by British folk experimentalist Richard Youngs or Jewelled Antler’s pop soul Jason Honea. If Finnish avant-forest-folk folks like Avarus and Kemialliset Ystavat or the Jewelled Antler collective decided to make black metal, this is what’s we’d imagine it would sound like! Meanwhile, on the black metal side, fans of Mistigo Varggoth Darkestra, Caacrinolas, Potentiam, and other weird ones should dig this track, along with Forest’s other more typical black metal sounds. Recommended.

Cała płyta jest do pobrania tutaj

Forest “Winter Howl” (z “Forest”, 1994)

VALEFAR / ANUBI

Forest jest flagowym okrętem wschodniego blackmetalowego postmodernizmu. Za ciosem idzie litewski Valefar, który od razu ujął mnie nieoczywistością, ponieważ trudno przejść obojętnie obok zespołów posiłkujących się Casio przy produkcji black metalu brzmiącego, że zacytuję Attilę, “jak w Nintendo”. Wokalista, o ile się nie mylę od 2005 roku nie żyje, a zespół poza jednym splitem i tą taśmą nic więcej nie wydał. Poniższa 8-bitowa gotycka inwokacja poniżej pochodzi z kasety demo wydanej 13 lat temu.

Równolegle wrzucam utwór z projektu, będącego macierzystą formacją większości muzków tworzących Valefar. Mowa o równie enigmatycznym zespole Anubi, rozwiązanym w 2002 roku z powodu śmierci lidera (przez zwyczajne utonięcie, nie było żadnej zabawy w czary). Kawałek pochodzi z albumu zawierającego BM w wersji a’rebours – wysokoszumowej, pełnej hałaśliwych improwizacji, mrukliwej. Dla fanów psychodelii, Kemialliset Ystävät i Volcano The Bear.

Valefar “Asmodeuso Karo Liepsna” (z “Frigus Ex Tenebris Venit”, 1996)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/valefar_AsmodeusoKaroLiepsna.mp3?attredirects=0

Anubi “Susimastyk Ir Nusilenk (Think Over and Obey)” (z Gods Pantheon, 1993)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/04-SusimastykIrNusilenk%28ThinkOverandObey%29.mp3?attredirects=0

(BLACK) LEGION (OF DEATH) 666
black
Co można zrobić, gdy założyliśmy zespół o nazwie Legion 666? Przechrzcić się na Black Legion of Death 666! Ten białoruski projekt za którym stoi niejaki Blasphemer, dosłownie powalił mnie na kolana. O ile Valefar posiłkuje się bazarową syntezą FM, o tyle Blasphemer idzie krok dalej. Przetworzone są nie tylko instrumenty, wśród których trudno mi zidentyfikować cokolwiek poza klawiszami i perkusją. Brak gitar kompletnie nie przeszkadza, gdyż potraktowany wokoderem głos brzmi jak agonalne westchnie HAL-a, któremu z 300 kwantowych rdzeni został tylko chip do sterowania wyświetlaczem LCD. Sam Blasphemer w wywiadzie dla pewnego chilijskiego blackmetalowego zina, odcina się od black metalu, deklaruje zainteresowanie The Cure i Einsturzende Neubauten i proponuje własną etykietkę: “Primitive Satanic Electro-Chaos”.

Legion 666 ” (z “Hyms to Satan”, 1994)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/legion666.mp3?attredirects=0

DEAD RAVEN CHOIR / WOLFMANGLER
dead raven choir

Na koniec akcent lokalny i największa gwiazda zarazem. Smolken to pseudonim Piotra Klimy, zaczeprnięty z filmu Rogera Cormana. Klima stoi za Dead Raven Choir, Wolfmangler i kilkoma innymi projektami, rezyduje obecnie w Teksasie (choć jego Myspace głosi, że w Krakowie – mogęsię więc mylić). W USA w każdym razie mieszkał od czasu, gdy opuścił jako dziecko rodzinne nadwiślańskie strony. Smolken dość świadomie eksperymentuje i to chyba odróżnia go od wielu Nikiforów black metalu. Wydawał m.in. dla Last Visible Dog, współpracował z Glennem Donaldsonem z Jewelled Antler, regularnie sięgając do kultury ludowej i popularnej (śpiewając do transponowanych na teksty wywiadów z Mikiem Tysonem, poezji Rilkego albo Leonarda Cohena, czy przerabiając wiejskie przyśpiewki).

Smolken świetnie czuje się w posępnej balladzie śpiewając do wiolonczeli solo (w Wolfmangler), jak i z ekstremalnie przesterowaną gitarą (Dead Raven Choir). W obu przypadkach udało mu się stworzyć zupełnie unikalny i konsekwentny styl, który wprowadza w zdumienie każdego ortodoksa, a swoją otwartością może dorównywać takim zespołom jak Ulver.

Poniżej dwie próbki. Jedna z klasycznej epki, zawiera skondensowany folk, potraktowany papierem ściernym, druga bliżej klimatów World Serpent. Czy muszę dodawać, że jeto to mój kandydat do orderu Orła Białego, za wybitne zasługi na polu krzewienia polskiej tradycyjnej kultury?!


Dead Raven Choir
“Złociste chryzantemy” (z “Grand Ravishing Extravaganza” ep, 2002)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/05-zlocistechryzantemy.mp3?attredirects=0

Wolfmangler “Beata z Albatrosa” (z “Cooking With Wolves”, 2007)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/04.beatazalbatrosa.mp3?attredirects=0