Archive for recenzja

Podwodne życie z Dolphins Into The Future

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on October 8, 2009 by Kamil Antosiewicz


Dolphins Into The Future
On Sea Faring Isolation
Not Not Fun

Monopoly Child Star Searchers / Dolphins Into The Future
The Golden Flowers of Channel Island
Catacean Nation Cassettes

Belg Lieven Martens wydał już kilka płyt nakładem Release The Bats, Not Not Fun, Taped Sounds oraz Pacific City i jak widać jego miłość do delfinów zatacza co raz szersze kręgi. Przyznaję, że sam złapałem się w sieć. Jego ostatnia jak dotąd płyta firmowana Dolphins Into The Future ukazała się wiosną tego roku, idę jednak o zakład, że ta nazwa mało komu coś mówi. Martens z jednej strony czerpie garściami z wypłowiałej new age’owej estetyki, bądź – jak kto woli – tzw. progresywnej elektroniki, co sytuuje go nieopodal dźwiękowych retro-podróżników w rodzaju Bernajda Szajnera, lub współczesnych artystów takich jak Oneohtrix Point Never. Z drugiej posiłkuje się nagraniami terenowymi. Robi to jednak w swoim unikalnym stylu, nie grzęznąc w meandrach dźwiękowej dokumentalistyki a’la Chris Watson. Jego muzyka jest raczej przekornym flirtem z „relaksującymi dźwiękami natury” rodem z supermarketów. Również relaksuje, ale jednocześnie budzi niepokój i wyzwala całą masę wspomnień z delfinem Umem na czele.

Album „On Sea Faring Isolation” zawiera dedykację dla m.in. Johna Lilly – szalonego badacza świadomości, który spędził życie zajmując się deprywacją sensoryczną i szukaniem wspólnego języka z najinteligentniejszymi ssakami jakie pływają w oceanach. Jak się łatwo domyślać, ów muzyczny hołd osadzony jest w ciepłym oceanicznym dryfie. Paleta morskich dźwięków jest zaiste szeroka: obok nagrywania plażowych field recordingów Martens sampluje delfiny (a jakże), skrzypiące drewniane maszty, dźwięki obijających się boi i tak dalej. Instrumenty stanowią tutaj subtelny dodatek i idealnie zgrywają się z tłem, żadna warstwa nie wychodzi na pierwszy plan. Siła tego niezwykłego albumu leży z niezobowiązującej i pozbawionej jakichkolwiek muzycznych rygorów strukturze, dzięki której potęguje się wrażenie, jakoby wszystko czego słuchamy było udziałem ssaków z płetwami. Wizyta w oceanarium celem oglądania baraszkujących delfinów jest rozrywką o ludycznym wymiarze, ale gdy doda się do niej pożytki płynące ze zgłębiania sekretów echolokacji i niezapomniane widoki na bezkresną podmorską rafę, całość nie tylko bawi ale i pozwala zapomnieć o świecie wokół.

Drugi album to split wydany w mikroskopijnym nakładzie 35 sztuk wraz ze Spencerem Clarkiem, połową duetu The Skaters i niestrudzonym riserczerem muzycznych nieoczywistości. Dolphins Into The Future odgrywa tu kolejny, 30-minutowy rozdział spotkania z delfinami, ułożony z niedbale sklejonych fragmentów, które mimo to mają hipnotyczną moc. Spomiędzy skrzeku mew dochodzą do nas chlupoty, delfinie kwilenia i abstrakcyjne rytmy wygrywane na kalimbie. Wszystko brzmi dziwnie znajomo – i o to chodzi. Taśmowe loopy i mruczące syntezatory w zestawieniu z podmorskim zwierzyńcem sytuują się pomiędzy surrealizmem podwodnego królestwa Steve’a Zissou a fotostory z wyblakłego numeramu “National Geographic”, gdzie uzbrojeni w gigantyczne stalowe kombinezony badacze morskich głębin stawiają pierwsze kroki w krainie, w której życie króluje dużo dłużej niż na lądzie.

Muzyka Spencera Clarka AKA Monopoly Child Star Searchers idealnie pasuje do świata eksplorowanego przez delfiny. Clark zamiast pod wodę udaje się jednak w okolice Bali, gdzie wśród palm rozstawia losowo gamelany, elektryczne fujary i dzikusów za bębnami, a następnie bierze się za dyrygenturę. Nie wiem, czy tak było, w każdym razie ja przynajmniej w ten sposób przystąpiłbym do nagrywania wiernego coveru tego 27-minutowego utworu.Zaszumione, transowe bębnienie rozświetla ją niekończące się solówki na syntezatorach udających flety. Nie bardzo daje się wyczuć początek i koniec tego misterium – to raczej wyimek z pędzącego strumienia świadomości, którą James Ferraro i Spencer Clark od czasu do czasu rejestrują i prezentują światu. W tej dziwnej archeologii miejsc niedotkniętych przez cywilizację wyczuwa się ekscytację nieznanym, energię minimal music i postindustrialnego folku Zoviet France, a wszystko skonfrontowane zostaje z futurystycznym dronem i analogowym brikolażem. Całkiem tego sporo, lecz Monopoly Child Star Searchers jak zwykle wywiązuje się z zadania i dostarcza muzykę słusznie okrzykniętą przez wielu największym odkryciem XXI wieku.

Dolphins Into The Future “The Golden Flowers of Channel Island” (2009) (excerpt)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/01thegoldenflowersofchannelislanda.mp3?attredirects=0

Monopoly Child Star Searchers “The Golden Flowers of Channel Island” (2009) (excerpt)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/02thegoldenflowersofchannelislandb.mp3?attredirects=0

Advertisements

Washed Out – grzebanie w pamięci.

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on September 24, 2009 by Kamil Antosiewicz

Washed Out “High Times”
Washed Out “Life Of Leisure”

Po lecie pozostało już tylko wspomnienie, ale na szczęście Ernest Greene AKA Washed Out nuci pod nosem piosenki z „Endless Summer” Beach Boysów. No, niezupełnie. Dwie epki tego sentymentalnego 26-latka mają w sobie niezwykły, popowy ładunek emocji i już zostały zawłaszczone przez Pitchfork i „The Rolling Stone’a”. Ale Greene pochodzi z innej, choć nieodległej orbity niż ta, na której dryfował Brian Wilson.

Washed Out płynie na fali słonecznego popu, który trafnie omapował David Keenan w wakacyjnym numerze „The Wire”. Mowa o niesławnym hypnagogic pop – popie i muzyce eksperymentalnej zrodzonych z potrzeby wiwisekcji neuronów tresowanych przez media (głownie telewizję) z lat 80. Grzebanie w chwytliwych hookach śpiewanych przez natapirowane gwiazdy muzyki sprzed tryumfu MTV to tylko jeden aspekt twórczości muzyków z bardzo skrajnych estetyk. Z jednej strony lo-fi i psychodeliczne elektro-piosenki Ariela Pinka, Gary Wara i Johna Mausa, z drugiej rzężące sprzężenia i metafizyczny trans z wydawanych przez Jamesa Ferraro i Spencera Clarka płyt – czy to solowych, czy tych firmowanych jako The Skaters. Pod względem czytelności odniesień i chwytliwości przerabianych wątków, Washed Out zajmuje koniec skali bliski sercu Romana Rogowieckiego i Marka Niedźwieckiego (więcej o hypnagogic pop pisałem tutaj).

W zasadzie można by te niepozorne wydawnictwa umieścić w tym samym worku co choćby chwytliwe parkietowe killery Chromeo czy Cut Copy, ze zgrabnie zrewitalizowanym disco ery Morodera albo dance ery CC Catch. Ale są one tak słodkie i dotykają głęboko imprintowanych w naszych mózgach szablonów według których wykuwa się muzyka popularna, że szkoda by było te kilkanaście piosenek zakwalifikować tylko jako sezonowe one hit wonders. Washed Out o(d)grywając dobrze znany schemat istnieje w tym samym continuum wydarzeń, które zrodziły Elvisa Presleya – najbardziej znanego białasa grającego czarną muzykę. Zapożyczenia nie są niczym nowym i można chyba postulować tezę, że ewolucja muzyki zachodzi właśnie dzięki nieustannej rekonfiguracji zastanych elementów. Postmoderniści już dawno uśmiechali się z przekąsem głosząc, że nic nowego już nie powstaje, że tylko mielimy stare i jakimś cudem udaje nam się usłyszeć coś, co ma powab świeżości.

Greene gra w otwarte karty. Gdy rozbrzmiewają pierwsze takty „Get Up” i wchodzi automat perkusyjny wiadomo, że skądś to znamy, i że słyszeliśmy to milion razy, tyle że nie jesteśmy pewni, czy na soundtracku do „Miami Vice”, czy w sekwencji otwierającej jakiś teleturniej sprzed 30 lat, czy z singla Was Not Was. Kolejne kawałki brzmią, jakby wygrzebano je z odległej przegródki naszej pamięci. Są niedbale wyprodukowane, szumiące. W zasadzie mogłyby być nagrane na taśmie w mono – być może nawet były. Washed Out kroi kawałek za kawałkiem według najbardziej zasad rządzących listami przebojów – 3 minuty, zwrotka, refren, powtórka i tyle. Czasami nawet nie sili się na outro, tylko drastycznie ucina. Te dwu-trzyminutowe impresje mają w sobie coś z wolniaków granych na kolonijnych dyskotekach. Greene nie może ich pamiętać, jest za młody, zresztą w college pływał raczej na desce w Kaliforni niż stał rano na apelu czy jadł na podwieczorek dżem truskawkowy. Prawda, to wszystko brzmi raczej banalnie. Ale Washed Out przenosi w czasie tak samo jak czołówka „Sondy” usłyszana po raz pierwszy od kilkunastu lat – i dla takich konfrontacji z własną pamięcią warto usiąść wygodnie w fotelu i zamknąć oczy.

A’propos mielenia i odzyskiwania bitów z zakamarków pamięci – sama czołówka do “Sondy” stanowi niezły miks z przesłości. Cytując za osobą, która wrzuciła ów film na Youtube:

Przy tworzeniu czołówki dźwiękowej Teresa Bancer wykorzystała następujące utwory:

Quincy Jones Fat – Poppadaddy (jazz)
Karlheinz Stockhausen – Etude (interesujace brzmienia sam nie wiem co to jest)
Vladimir Ussachevsky i Otto Luening – King Lear Suite (muzyka powazna)
Ergo Band – Zmienność myśli (brak)

Nie mam pytań.