Archive for lee fields

Kilka rad od czarnych braci

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on August 11, 2009 by Kamil Antosiewicz

…there was a time, when people never felt the same.
But now everybody feels the same…

Ofege “Everybody Feels The Same” (“Last of the Origins”, oryg. 1972)

Dla kogoś, kto miał półmetrowe afro na głowie i dużo palił, każdy przechodzień na przedmieściach Lagos wyglądał nudno. Ale żeby doświadczyć nudy, chyba nie trzeba jechać do Afryki, co nie? O ile Fela Kuti był porównywany z Jamesem Brownem, o tyle Ofege zestawiano z The Jacksons 5. Z tym że ci pierwsi byli o wiele mniej przewidywalni, bardziej łamali rytmy i w zaskakujący sposób łączyli chaotyczne gitarowe solówy z soulowym groovem. Decyzją rodziców chłopcy musieli zostać w szkole, dlatego po kilku płytach słuch po nich zaginął. Utwór powyżej nie pochodzi z albumu, którego okładkę wkleiłem, lecz z płyty “Last of the Origins”. Ale te dwa wielkie, czarne, środkowe paluchy więcej mówią o ich muzyce niż jakikolwiek kawałek.
============

…Business before pleasure,
there’s nothing you can do about it

George Akaeze & His Augmented Hits “Business Before Pleasure” (z “Nigeria Special: Modern Highlife, Afro-Sounds and Nigerian Blues” 2008, oryg. 1973)

Nie wiem, kto dzisiaj kupuje soundtracki do hollywodzkich produkcji i kto dzisiaj czeka na kolejnego Bonda (za wyjątkiem dziewczyn), ale jest przynajmniej jeden powód, by pójść do kina na “Quantum of Solace”. Kawałek George’a Akaeze, oryginalnie wydany na singlu w 1972 roku, trafił na jedną z wielu wydawanych dzisiaj kompilacji z nigeryjskim funkiem i beatem, a stamtąd na ścieżkę dźwiękową. To rasowy, słoneczny afrobeat, z dęciakami i roześmiany tłumem intonującym chórki. Dziewczyny po lewej, panowie po prawej. Cowbelle w dłoniach, la, la, la. Zanim zacznie się zabawa, trzeba iść do pracy, ale kto łączy jedno z drugim, śmieje się całe życie od ucha do ucha.
============

“…”

Idowu “Funkyman” Fakeye “We Gonna Make It” (z “Rare Afro and Caribbean Funk Vol.1”, 2007, oryg. ???)

Próbowalem rozkminić cały tekst, ale Idowu, chociaż charyzmatyczny, ma dykcję jak bezzębna Murzynka. Jesli ktoś odnajdzie złotą myśl w tekście, może wkleić do komentów.

Kawałek, który otwiera składankę “Rare Afro And Caribbean Funk Vol.1” zasługuje na miano afrobeatowego killera – nic dziwnego, że otwiera setki radiowych playlist. Płynąca sekcja z punktującym basem i wielowarstwową perkusją, w tle schowany wibrafon, dęciaki wtórujące wokalowi – ten numer mógłby trwać kwadrans. Szkoda, że o Idowu Fakeye nie ma w necie żadnych informacji. Trzeba poczekać, aż Afryka zdigitalizuje się kompletnie, albo pisać do osób o tym samym nazwisku na Facebooku – może wiedzą coś o swoim wujku albo dziadku, który jest dzisiaj zapomnianym kozakiem afrobeatu.
============

When cat sleep, rat go bite him tail

Fela Kuti “Trouble Sleep Yanga Wake Am” (z “Roforofo Fight”, oryg. 1972)

Wiem, że większośc woli “Zombie” czy “Expensive Shit”, ale dla mnie to jest wlaśnie Fela w szczytowej formie. Ktoś gdzieś napisał, że to jego “White Album”, że Fela pokazał się od tak wielu stron, że każdy kolejny krążek był już tylko powtórką. Tak chyba jest. Z czterech utworów zebranych na tej płycie wybrałem najbardziej liryczny. Być może najładniejszy, jaki Fela kiedykolwiek nagrał. Dwa razy wolnieszy niż pozostałe kompozycje z tej płyty, “Trouble Sleep…” jest gorzką relacją z codziennej walki o przetrwanie. Rzeczywistość z perspektywy chodnika, skąd policyjne glany widać najwyraźniej i gdzie nikt nie wyciągnie do ciebie pomocnej dłoni.
============

It’s a sad, sad world, where money is king.

Lee Fields And The Expressions “Money I$ King” (z “My World” 2009)

Lee Fields ma na okładce rozmazaną buzię i gdyby ktoś powiedział, że urodził się w 1980 roku, możnaby dać temu wiarę. Pierwsze takty ustawiają referencje gdzie indziej. Ten dżentelmen grał soul i funk już pod koniec lat 60. Ma na koncie kilka płyt – na tyle mało, że nie zdążył osiwieć od scenicznych ekscesów.

Fields kompletnie ignoruje współczesne trendy i dlatego jego comeback po latach wydaje się szczery, podobnie jak wrzucane tu i tam zamiast fucków teksty w rodzaju “A man is incomplete without a lady in his life” – taki stosunek do kobiet jest równie obcy dzisiejszym gwiazdom soulu, co maniery przy stole. Jego comebackowy album jest pokryty patyną i ma w sobie naturalną elegancję i szyk, którego brakuje współczesnym wykonawcom. Zero plastiku. W wywiadach Fields przyznaje się do fascynacji Jayem-Z a nagrywa z muzykami The Budos Band i Antibalas – brzmieniem nie odstaje wiele od klasyków z Motown, i ma porównywalny ogień.

Pozostaje powiedzieć: WOW.