Archive for lamborghini crystal

Kserując Ariela Pinka

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on August 16, 2009 by Kamil Antosiewicz

Niedawny koncert Ariela Pinka w Warszawie był sporym zastrzykiem energii. Gdy zagadałem Ariela na korytarzu mówiąc, że ku mojemu zaskoczeniu pod sceną nikt nie pogował i że w jego sercu niechybnie zakiełkował punk rock, który zajmuje miejsce niepowtarzalnej szumiącej muminkowej krainy, Ariel spojrzał na mnie urażony, mówiąc: “Gimme a break. The Germs! The Germs, man!”. Widać punk rock był w jego sercu od zawsze…

Ten żywiołowy (choć wciąż odrealniony) mikro-show budził we mnie spore oczekiwania a w efekcie zostawił wrażenie niedosytu. Ariel z zespołem na żywca brzmi fantastycznie, trzyma w napięciu i chce się paść w te jego wątłe ramiona. Ale z drugiej strony wydobywający się z dobrych końcówek mocy dźwięk nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, co Haunted Graffiti nagrywają od wielu lat na płytach. Mówię o pozbawionych produkcji, szemrzących “Lover Boy”, “The Doldrums”, czy “Witchhunt Suite for World War III”. Pleśń, kurz i kasetowe brzmienie na koncercie pryskają. Zostaje rockandroll, który nie ma w sobie tego całego flasbackowego, grundigowego ciepła. Bez niego APHG są po prostu fajnym zespołem z piosenkami o niebanalnej strukturze – i nic więcej.

Gdy posłuchałem nowego singla, który udało mi się kupić na koncercie, moje obawy potwierdziły się. Gitarowy bubblegum pop wydany na zeszłorocznym singlu “Can’t Hear My Eyes” nie jest jednorazowym wybrykiem. Na “The Doldrums” Pink radził sobie bez perkusji i do basu dogrywał bębny beatboxując, jednocześnie eksperymentował ze swoim sytezatorem. Wtedy był na tej samej orbicie, co tripujący Brian Wilson i po spojrzeniu mu w oczy na warszawskim koncercie można domyślać się, że jest wciąż równie zapętlony. Tylko że teraz gra z normalną perką, z gitarą rytmiczną, prawie bez elektroniki. I brzmi wcale nie nadzwyczajnie. Jest coraz dalej od szumiącego i psychodelicznego lo-fi, które otwierało w głowie dziwne szufladki.

Okej – trudno wskazać mi wielu artystów, którzy sięgają po “Ramaya” Africa Simona i którym to wychodzi, ale przyznacie, że to zupełnie inna para kaloszy.

Ariel Pink “Rama Ya” (singiel 2009)

Czując nadchodzące zmiany, zacząłem przetrząsać zbiory w poszukiwaniu ersatzu APHG. Artystów, których muzyka jest z jednej strony nonszalancka, z drugiej wyszukana (niektóra kawałki Ariela Pinka mają zupełnie nieoczywiste konstrukcje), z jednej dysonansowa i psychodeliczna, z drugiej miękka i tak bardzo popowa, jak tylko wpadający w ucho mógł być przesłodzony pop/soft rock z lat 80., którym ocieka kilkanaście płyt APHG. Poniżej garść kawałków, które udało i się w ostatnim czasie znaleźć, wraz z krótkimi opisami.

Gary War jest kolegą Ariela i z tego co wiem, grywa z nim w Haunted Graffiti. Nic dziwnego, że czuć tu pewne podobieństwo do starego Ariela. “Uuu… uuu… uuu…”, flanger i połamane perkusyjne kawalkady w pierwszym utworze skądś znamy, nie? Drugi, z wydanego w tym roku singla, z tandetnym syntezatorem, jest bardziej hałaśliwy i psychodeliczny. Polecam debiutancką płytę i czekam na nowy krążek, który dopiero co się ukazał!

Gary War “Good Clues” (z “New Raytheonport”, 2008)
Gary War “Zontag” (z “Zontag”, 2009)

Trudno o bliższe pokrewieństwo – R. Stevie Moore jest protoplastą lo-fi i sypialnianego rzępolenia a Ariel wychował się na nim w tej samej mierze, co na Fleetwood Mac. Obaj, wraz z Johnem Mausem i Gary Warem grali w Tonicu w 2005 roku!
R. Stevie Moore “I Wish I Could Sing” (singiel z 1978 roku)

Ariel Pink vs. R. Stevie Moore, Tonic ’05 1/5

Nie wiem o nich wiele, ale wiem jedno: Black Vatican są dla mnie kandydatami na następców Suicide – jesli będą dalej nagrywać w tej manierze co niżej. Czas pokaże, na razie wyszedł tylko split i dość nierówna płyta wydana przez Locust.
Black Vatican “Beautiful Reformer” i “Now You’ve Been Told” (ze splitu Black Vatican / True Primes, 2008)

James Ferraro w swojej kolejnej inkarnacji – tym razem bardzo piosenkowej, i jak zwykle bardzo nieczytelnej. Lamborghini Crystal powinno lecieć w Arkadii i sklepach z wziewnymi środkami do intoksykacji.

Lamborghini Crystal “Alien Microwave 1” (z “Alien Mircowave” 2007)

John Maus to kolejny kolega Ariela Pinka, obsługiwał (obsługuje?) klawisze w APHG. Ten przystojniak z Kalifornii zamieścił kilka swoich teledysków na Youtube. “Maniac” to prawdziwy klasyk zakurzonego new wave z XXI wieku!

John Maus “Pure Rockets” (z “Love Is Real” 2007)

Znowu James Ferraro AKA Monopoly Child Star Readers, tym razem z formułą, której nie powstydziłby się Jon Gibson, czy La Monte Young. Theater of Eternal Music i “Cannibal Ferrox” w jednym!

Monopoly Child Star Readers “A3” (z “Gitchii Manitou (12 Step Retrance Program For Troubled Dream Warriors) 2007”

Tyle poszukiwań. Kilka tygodni później znalazłem jakiś wątek na Hipinion albo forum Ilxor, dotyczący nowego tekstu Davida Keenana w ostatnim (albo już przedostatnim) numerze “The Wire”. Dyskusja dotyczyła dziennikarskiego szufladkowania i materiał jako taki spotkał się dość miażdżącą krytyką – a szkoda, gdyż niezależnie od faktu, czy autor zachwalał kapele, które sam dystrybuuje w swoim sklepie Volcanic Tongue i czy zasadne jest tworzenie kolejnych nisz, ukuty przez Keenana termin hypnagogic pop odnosi się do całej masy wykonawców, którzy z braku etykietek faktycznie poruszają się w gatunkowej próźni. Rzeczony tekst jest do ściągnięcia tutaj, jakby ktoś miał ochotę rzucić okiem. Okazał się on dość pomocny w omapowaniu tego psychodelicznego świata i wskazał kilka interesujących kontekstów, które ułatwiają opisanie magnetyzującej estetyki “For Kate I Wait” i innych utworów.

Keenan usiłuje znaleźć linki pomiędzy wieloma płodnymi wykonawcami z amerykańskiego podziemia (Ariel Pink, Ducktails, Pocahaunted, wspomniany parę postów niżej James Ferraro/The Skaters, Emeralds, Zola Jesus, itd.), którzy dzięki kasetom albo wydanych własnym sumptem CD-rach z odbitą na ksero okładką, w ciągu ostatnich lat wbili się psychodelicznym klinem pomiędzy scenę noise a pop (jakkolwiek idiotycznie by to brzmiało). Muzycy ze wspominanej przez Keenana sceny – być może wręcz powołanej przezeń do życia – poruszają się w estetyce, której geografię wytyczna logika marzeń sennych lat 80., miraże “pojawiających się w głowie małego chłopca, który kładzie się spać i dochodzą do niego z dystansu dźwięki muzyki pop i disco”.

Strumień tych wydobywanych z podświadomości bodźców ma korzenie, zdaniem Keenana, w estetyce lat 80., przefiltrowanej przez wrażliwość lo-fi. Wszyscy wspomianni przez Keenana muzycy z grubsza brzmią, jak dwunasta kopia przegrywanej kasety z soundtrackiem do “Miami Vice”. Ich nagrania mają tyle ziarna, co kaseta VHS pożyczana pod koniec lat 80. z wypożyczalni. Ale własnie dzięki połączeniu “niewinności i doświadczenia” (doświadczenia dojrzewania w latach kiczowatego koszmaru natapirowanych włosów i złotej ery wideo) w niezwykle kreatywny sposób są w stanie przetworzyć imprintowane echa pamięci tamtych czasów w psychodeliczną, melancholijną i tryskającą feeriami barw, oryginalną muzykę. To oczywiście zręby teorii, w której Keenan odwołuje się do Nitschego i Bóg-wie-czego-jeszcze.

Pomocne okazały się odwiedziny na blogu Keenana. Dziennikarz “The Wire” zamieścił tam kilka odnośników do hipnotycznych filmów ilustrowanych transowymi pętlami wyrwanymi z korzeniami z fluorescencyjnej rzeczywistości lat 80.. Sądzę, że owe “echo jams” (które w warstwie muzycznej gdzieś przypominają mi klasyczne plunderphonics Johna Oswalda), mogą być doskonałą wizualną referencją dla całego hypnagogic pop, w którym to zbiorze zawarty jest Ariel Pink i wszyscy wyżej opisywani, ze swoimi sennymi serenadami granymi przy użyciu pilota telewizyjnego i starych taśm VHS.

I jeszcze małyedit:
Nadrabiając zaległości na blogach nowych internetowych znajomych, rewanżuję się podlinkowaniem do postu Piotra Kowalczyka (aaa… dopiero teraz widzę koment niżej – dzięki!), który nie tak znowu dawno zahaczył o podobny temat w poście pt. Wakacje z duchami pt 2., gdzie zlinkował kilka fajnych Myspace’ów zespołów z kręgu hypnagogic.

Advertisements