Archive for akira rabelais

James Ferraro – Marble Surf (2008)

Posted in recenzje with tags , , , , , , , , , , on August 7, 2009 by Kamil Antosiewicz

James Ferraro – Marble Surf (New Age Tapes 2008)

marble surf

Ferraro mieszka wraz z drugą połową duetu The Skaters nieopodal światowej stolicy branży porno, nad wybrzeżem słynącym z “wiecznego lata”, administrowanym przez aktora, który nie ma w karierze ani jednej roli mogącej się równać z dowolną kreacją aktorską Ronalda Reagana.

“Marble Surf” to trzynasta płyta od końca w jego dyskografii i jedna z sześciu wydanych hurtem we wrześniu 2008 roku. Wydanych pod własnym nawiskiem, bo biorąc pod uwagę ilość side-projectów, nie ma on chyba konkurencji (wszystkie wymienione są tu).

Ferraro mógłby być ikoną bojówki rzucającej butelki z benzyną w domy audiofilów. Wśród osób, które zbliżają się jedynie do sprzętu w systemie bi-amp, “Marble Surf” wywoła reakcję podobną do tej, jaką wywołują tezy manicheizmu u katolika. Obcowanie z jego muzyką przypomina kręcenie gałką w starym, monofonicznym radiu Ballada, nastawionym na fale krótkie, gdy odbite milionem ech fale docierają do nas jakimś cudem, przefiltrowane i zredukowane do niewyraźnego brzęczenia. Produkcja będąca (celowo) zaprzeczeniem produkcji: dwuślad, maksymalnie czteroślad, odgłosy zatrzymywanej i puszczanej taśmy, zero equalizacji, niestaranny miks pełen przesterów. Dla przyzwoitości Ferraro mógłby chociaż wyciszać końcówki, ale często zapomina nawet o tym. Jesteśmy ciągle w środku niekończącej się opowieści.

Analogia z radiem wydaje się być trafiona podwójnie. Ferraro jest bowiem zafascynowany pop kulturą. Odgrywając rolę dźwiękowego antropologa-alchemika, surfuje w eterze w poszukiwaniu sampli, wydobywa na światło dzienne strzępy muzyki do reklam, starych programów edukacyjnych, idiotycznych rozmów z telezakupów. W pewnym sensie przypomina twórczość Jona Brooksa, nagrywającego pod pseudonimem The Advisory Circle (moja recenzja tutaj). Ale w przeciwieństwie do niego, nie idzie na łatwiznę. Jego płyty są kompletnie nieprzewidywalne i nieuporządkowane a utwory nie układają się w fabularyzowane retro-opowieści o powabie zmurszałych filmów SF. Ferraro uprawia collage o powabie nasączonego LSD obrazka – odrywając kawałek, wchodzimy w rzeczywistość bez początku i końca. Po włączeniu płyty to my dostrajamy się do niego, a nie odwrotnie.

ali

“Marble Surf” jest mimo wszystko wybitnie przystępnym albumem – zwłaszcza jak na niezbyt afirmujące rzeczywistość propozycje The Skaters. Dwa blisko dwudziestominutowe kawałki wypełniają gęste niczym miód ekstatyczne pętle. Zagadkowe pozostaje instrumentarium, wszechobecny jest nieociosany szum. Obok “Heaven’s Gate” jest to chyba jego najbardziej spójna i jednostajna płyta – w dobrym tego słowa znaczniu. Przy okazji pozostaje kompletnie inna od pozostałych.

Trudno mi o jakieś referencje… Gdyby William Basinski wreszcie wyszedł poza jedną frazę i zaczął pracować nad osiągnięciem plateaux u słuchacza, mógłby osiągnąć podobną intensywność. Jakimś skojarzeniem jest stare Zoviet France (zwłaszcza jeśli chodzi o formę), może Akira Rabelais i jego “Eisotropophobia”. Ferraro nie romantyzuje nadmiernie, jak Max Richter, ale również potrafi wyciskać łzy. To wszystko są jednak tropy pośrednie. Bezpośrednią referencją jest dla siebie sam Ferraro.

James Ferraro
“Memory Theatre” [excerpt]:

Advertisements