Archive for June, 2011

Nobody can cross it.

Posted in Uncategorized with tags on June 21, 2011 by Kamil Antosiewicz

Paint it black

Posted in Uncategorized on June 17, 2011 by Kamil Antosiewicz

Krytyka Polityczna opublikowała właśnie Norwegia: przewodnik nieturystyczny. W środku Jaś Kapela rozmawia ze mną o jednym z najlepszych skandynawskich towarów eksportowych: black metalu. Pozwalam sobie wkleić całą rozmowę i zachęcam do kupienia książki.

Jaś Kapela: Lubisz norweski death metal?
Kamil Antosiewicz: Jeśli death metal, to raczej ze Szwecji. Jeśli norweski, to tylko black metal. Różnica pomiędzy tymi gatunkami jest zasadnicza, pomimo sąsiedztwa geograficznego tych dwóch krajów. Nie wprawione ucho może mieć problem z jej wychwyceniem, ale wystarczy puścić po sobie jakiś kawałek Entombed z Left Hand Path i Darkthrone z Transilvanian Hunger, by skumać, o co chodzi. Zatem lubię norweski, ale black metal, za death metalem, szwedzkim czy nie, raczej nie przepadam.

Gdybyś chciał opisać różnice osobom o mniej wprawnym uchu? Nie jest ona chyba czysto muzyczna?
Korzenie blacku są starsze niż death metalu i to w pewnym sensie rzutuje na estetykę. Upraszczając sprawę, zespołem, który uruchomił muzycznie Norwegię był brytyjski Venom. Welcome to Hell z 1981 roku uznawany jest za pierwszy blackowy album. Zawiera on w sobie zalążek stylu i estetyki – nie tylko muzycznej – a ortodoksów dzieli do dziś.


Venom “Welcome to Hell” – czysta poezja

Zamiast analizować riffy, lepiej zacząć od okładki: tłoczony, złoty łeb kozła wpisany w odwrócony pentagram, tytuł wypisany fontem Old English, wszystko na kruczoczarnym tle. Totalny minimal, trochę złamany fantazyjnym i psychodelicznym logo zespołu, zdradzającym proweniencję z nową falą brytyjskiego heavy metalu (NWBHM, New Wave of British Heavy Metal) i rockiem psychodelicznym. Wydany na winylu krążek totalnie wyróżniał się od innych metalowych produkcji tego czasu. Zero cekinów, zero futurystycznych robotów w przestworzach, zero glamowego campu. Bije z niej tylko Szatan. To płyta pełna zadziornej, punkowej energii, wyprodukowana dość niedbale. Liczyły się emocje, nie techniczna masturbacja. Zdarty wokal Cronosa, na granicy krzyku. I do tego cały anturaż: kolczugi, topory, corpsepainty, sesje fotograficzne w lesie na cmentarzu itd. Metal, który i tak miał w sobie pierwiastek aspołeczny i delikatnie mówiąc wolnościowy, znalazł ideologiczną podbudowę (na serio, bądź nie) w satanizmie. I choć ten ostatni aspekt nie jest bynajmniej zasługą Brytyjczyków (rockowe zespoły z lat 60. w rodzaju Antonius Rex otwarcie deklarowały fascynację okultyzmem, nie wspominając o tak oczywistym przykładzie jak Black Sabbath), to można zaryzykować tezę, że Venom stworzył perfekcyjny amalgamat dizajnu i muzycznej estetyki, który był jednoznacznie satanistyczny. Tytuł ich drugiej płyty Black metal stał się nazwą gatunku.

Co było dalej?
Nie ma tu miejsca by wymieniać wszystkie drobne zmiany, dzięki którym satanistyczny – wciąż bardziej “heavy” niż “black” – metal Venom przekształcił się w to, co zaproponowali Norwedzy. Wszystko miało charakter ewolucyjny, z mnóstwem mniej lub bardziej udanych eksperymentów po drodze. Można przyjąć, że następnym przełomem były albumy szwedzkiego Bathory i szwajcarskiego Hellhammer. Potem przyszła wielka fala norweskiego black metalu. Norwedzy podkręcili tempo, dodali więcej przesteru, ich gitary przypominały raczej gęstą mgłę. Wokale stały się bardziej skrzeczące. Do roku 1990 gatunek się skrystalizował zarówno ideologicznie jak i estetycznie.
Death metal – by odpowiedzieć w końcu na twoje pytanie – to cięższa i bardziej wyszukana formalnie muzyka, zorientowana na gore, komiksową przemoc. Black jest zasadniczo bardziej mroczny i posępny, dotyczy, rzekłbym, kwestii ostatecznych. Omija natomiast kwestie fizycznej przemocy i różnych patologii, które eksploruje death.

Z tego, co mówisz, wynika, że wyższość black metalu polega na podejmowaniu tematów metafizycznych. Death bardziej odpowiadałby na pewne kompleksy dużych (albo i nie), chłopców.
W dużym uproszczeniu można to tak ująć. Z pewnością oba gatunki dotykają, nazwijmy to, „kwestii społecznych”. Death bierze pod lupę problemy jednostkowe, nieprzyjemne subiektywne fenomeny, dokonuje wiwisekcji, stosuje taktykę szoku, przeładowania zmysłów. Jest takim przerysowanym, zbanalizowanym i zredukowanym do miksu sleaze/gore industrialem. Natomiast black metal powstał wskutek wyczerpania współczesnego modelu cywilizacji jako takiej, z naciskiem na cywilizację zachodu i chrześcijaństwo. I choć jak w każdej dynamicznej subkulturze, tak i w black metalu są tendencje do komercjalizacji, przerostu formy nad treścią, bezrefleksyjnego kopiowania i ucieczki od autentyzmu (nieustanne licytacje na temat tego kto jest bardziej true, raw, a kto jest bardziej gay, to nie tylko domena forumowych trolli), to jednak black jest zasadniczo bardziej radykalny, utopijny, eskapistyczny, apokaliptyczny; postuluje zniszczenie obecnego porządku zbudowanego na konformizmie, kolektywizmie, ogólnie rzecz biorąc na zniewoleniu jednostki. To nie jest tylko deklaracja fuck the system, która w tej czy innej formie towarzyszy różnym nurtom muzycznym. Black uderza w fundament, w mit założycielski cywilizacji.


Stay trve!

Z black metalem wiąże się jakiś określony światopogląd? Co cię w nim pociąga?
Osobiście interesuje mnie bardziej muzyka, a nie dywagacje na temat tego, czy black metal jest bardziej na lewo czy na prawo. Istnieją zespoły jawnie odwołujące się do radykalnej prawicy, ale na scenie jest też miejsce dla zespołów lewicowych, choć te pierwsze dominują. Zdaniem wielu wynika to większego potencjału szoku jaki niesie za sobą symbolika nazistowska, czy choćby wątki darwinizmu społecznego, które pasują do nihilistycznej wizji świata opartego na sile i walce, supremacji. Ze względu na ogromny rozrzut światopoglądowy i sprzeczności wewnątrz samej sceny black nie stanowi dla mnie spójnej propozycji intelektualnej. Na bardzo bazowym poziomie odpowiada mi jego radykalizm, wyrażający rozczarowanie obecnym porządkiem który opiera się na mechanizmach usypiania indywidualizmu i budowaniu ersatzów samorealizacji w postaci kariery, religii, konsumpcjonizmu, choć niekoniecznie muszę zgadzać się z diagnozą dotyczącą źródeł czy strategiami radzenia sobie z tym problemem. Palenie norweskich kościołów w latach 90., najbardziej nagłaśniona medialnie manifestacja sceny, doprowadziło tylko i wyłącznie do wzrostu jej popularności, czego pokłosiem były dalsze podziały. Nawet wśród wykonawców pierwszej fali norweskiego blacku trudno o jednomyślność w tej kwestii. Varg Vikernes i kilku innych spalili około 50 miejsc kultu, ale inni, na przykład muzycy z Mayhem, otwarcie te działania potępiali. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że te akcje były czymś z pogranicza wyrachowanego PR i spontanicznej demolki. Ostatecznie nawet w haśle na wikipedii przeczytasz, że jedyne co łączy ludzi identyfikujących się z black metalem to dążenie do indywidualizmu. Trudno mówić o jakiejś jednolitej perspektywie światopoglądowej. O wiele bardziej interesuje mnie warstwa estetyczna.

Jakbyś ją opisał?
Mimo pozornej nieprzystępności formy black metal jest w rzeczywistości o wiele bardziej pop niż death, chociaż należy pamiętać, że w ciągu 20-kilku lat wyodrębniły się rozmaite nurty w ramach tego jednego gatunku, eksponujące bardziej melodię, symfoniczną pompę, elementy folkowe, pogańskie, rytualne, ambientowe, czy nawet emo. Pomiędzy super prymitywnym brzmieniem norweskiego Ildjarn a przebojowymi kawałkami Cradle of Filth jest przepaść. Choć ostatecznie i jeden i drugi zespół gra ten sam gatunek.
Black w przeciwieństwie do death metalu czerpie dziś – świadomie bądź nie – ze skrajnie różnych źródeł. Z tego też powodu nie mam specjalnie przekonania do muzycznych propozycji czołowych reprezentantów gatunku i zespołów przesadnie ortodoksyjnych, wolę poszukiwania i nieoczywiste eksperymenty, które można odnaleźć także na norweskiej scenie. Jak zwykle najciekawsze rzeczy dzieją się na marginesach. Mówię o odejściu w stronę shoegaze (Velvet Cacoon, Enmerkar), ambientu (Paysage d’Hiver, Trist), post rocka (Hypothermia, Ash Borer, Liturgy), drone (Wrath of the Weak), psychodelii (Njiqahdda), progresywnej awangardy (Urfaust, Lugubrum, Furze), post-punka (Circle of Ouroborus) czy noise’u (Wold, Lonesummer).
Dla przeciętnego konsumenta muzyki te subtelności będą już niedostrzegalne, w końcu wymienione wyżej kapele reprezentują najczęściej podziemie i stanowią awangardę gatunku. To zdecydowanie trzecia, albo i czwarta fala black metalu, która porzuciła stare dobre norweskie brzmienie. Gdyby więc pokusić się o polecenie czegoś bardziej reprezentatywnego, myślę, że na krótkiej liście znalazłyby się wszystkie płyty Burzum, trzecia i czwarta płyta Darkthrone i pierwsze płyty Ulver, nagrane zanim skręcili w indie i elektronikę. Wysoki poziom norweskiego blacku można tłumaczyć tym, że tamtejsi muzycy szukają piękna w zniszczeniu. Powstałe napięcie ma jak najbardziej wagnerowskie korzenie – to romantyczna afirmacja dramatycznych skrajności, fascynacja mocą tworzenia i bezlitosnego unicestwiania. Black zatrzymuje w czasie monumentalną atmosferę nieustającego wysokiego C, big bangu, w którym z chaosu rodzi się porządek. Dobry blackowy numer ma w sobie cząstkę tego gargantuicznego ładunku energii, który może zmienić nawet fundamentalne prawa natury.


Ryszard Wagner. Maska pośmiertna.

W black metalu, zwłaszcza skandynawskim, znajdziesz też podziw dla piękna i majestatu żywiołów natury, która tak silnie zaznacza swoją obecność właśnie w Skandynawii. “Transilvanian hunger, the mountains are cold…” – to słowa z tytułowego numeru z płyty Transilvanian Hunger norweskiego Darkthrone. Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy chodzi o pasmo Karpat czy 90 proc. norweskiego krajobrazu (zaledwie 10 norweskich gruntów nadaje się pod uprawę, resztę stanowią góry). Norweski black metal czerpie inspirację z przyrody i zaryzykowałbym tezę, że jest to gatunek, który stanowi najpiękniejszy muzyczny hołd złożony naturze.

Istnieje ekologiczny norweski black metal? Np. odwołujący się do hipotezy Gai Lovelocka? Czy jeszcze bardziej radykalnych teorii twierdzących, że ludzkość jest wirusem toczącym ziemię i planeta lepiej miałaby się, gdyby nie mieszkali na niej ludzie?
Oczywiście, że jest w blacku miejsce na taką filozofię, szczególnie w skrzydle red/anarchist/crust bm, ale więcej znajdziemy ich w Stanach niż Skandynawii. Najbardziej znany proekologiczny black metal wywodzi się z USA – mowa o scenie Cascadian z Portland i okolic. O niczym to jednak nie świadczy, w obliczu faktu, że scena black jest niesłychanie pojemna i wchłania wszelkie możliwe ekstremizmy – od prawicy po lewicę, od ekologów i feministek, na ekofaszystach i nacjonal-bolszewikach skończywszy.


Varg. Portret wykonany przez fana

Zapewne najbardziej znanym norweskim zespołem black metalowy jest Burzum. Myślisz, że byłoby tak, gdyby jego lider Varg Vikernes nie zabił gitarzysty Mayhem? Wiesz, dlaczego do tego doszło?
Zanim doszło do zabójstwa, Vikernes pod szyldem Burzum wydał kilka kaset demo i trzy płyty długogrające. Były one świetnie przyjęte, nie tylko w podziemiu. Można dyskutować, na ile ten akt był wykalkulowanym ruchem PR-owym. Z pewnością stał się z czasem świetnym mitem założycielskim, który przydał gatunkowi autentyczności. Zdecydowanie przysporzył sławy nie tylko Vikernesowi, ale i całej scenie. Choć nie wydaje mi się, by osoby zupełnie nieświadome otworzyły się na black metalowe ekstremum jedynie ze względu na wydarzenia w Oslo. Na YouTubie znajduje się film z odczytania wyroku sądowego z 1994 roku i 21-letni Vikernes nie wygląda na nim na dojrzałego mężczyznę. Dość beztrosko śmieje się do kamery, choć właśnie otrzymał najwyższy wymiar kary (w Norwegii był to wówczas 21-letni wyrok). Wygląda faktycznie na osobę, na której to zupełnie nie zrobiło wrażenia.
Jeśli zaś chodzi o motywy – trudno o jednoznaczny werdykt. Gdyby przyjąć za właściwą wersję tę spisaną przez Vikernesa na stronie burzum.org, był to ruch wyprzedzający. Euronymus zginął, bo w związku z życiowymi niepowodzeniami podobno planował zamach na życie Vikernesa. Varg miał zostać zwabiony z Bergen do mieszkania Euronymusa w Oslo pod pretekstem podpisania kontraktu płytowego a następnie zabity. Stało się odwrotnie.

Brytyjski blogger i dziennikarz Dominic Fox twierdzi, że black metal i grupę Baader-Meinhof łączy wspólne rozpoznanie, że „społeczeństwo znajduje się w stanie stagnacji i zamrożenia, a ich działania miałby reaktywować coś ukrytego i autentycznego” oraz idea, że „teorię należy przenieść na praktykę”. Zgodziłbyś się z tym?
Można przyjąć, że w stanie umysłowej stagnacji znajduje się przede wszystkim społeczeństwo zachodu. To byłaby cena jaką płaci ono za dobrobyt i wyjście ze stanu nieustannej walki o przetrwanie na poziomie materialnym. Z drugiej strony w tym społeczeństwie mamy do czynienia z niebywałym rozkwitem kulturowy i alternatywnych form społecznych. Wystarczy pojechać do kraju spoza naszego kręgu kulturowego, by zrozumieć znaczenie słowa „subkultura” czy „kultura alternatywna”. Współczesność pozwala realizować się większej ilości osób niż jakakolwiek inna epoka.
Black metal zwraca się w kierunku „autentyzmu”, zarówno na poziomie indywidualnym jak i społecznym. Niezależnie od tego, co plotą media, satanizm, podobnie jak inne systemy filozoficzne stawiające jednostkę w centrum, można porównać od umysłowego resetu na poziomie kulturowym, który ma umożliwić realizację swoich, a nie kolektywnych pragnień i życie bez poczucia winy. Ostatecznie współczesna desensytyzacja dotyka nas na wielu poziomach i odnajdywanie „autentyczności” sprowadziłbym do stawiania pytań, nawet tych elementarnych, na które wydawałoby się, że wszyscy znamy odpowiedź albo do wskrzeszania archetypicznych fenomenów estetycznych – piękna, melancholii, refleksji nad przemijaniem


Kadr z filmu “Until the Light Takes Us” (reż. Aaron Aites, Audrey Ewell)