Archive for August, 2009

Sloviyanskiy Shturm pt. 1

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , , , , , , , , on August 23, 2009 by Kamil Antosiewicz

Do grzebania w terytorium rozciągającym się pomiędzy Żmudzią a piekłem nieustannie inspiruje mnie Jacek Staniszewski – który ma równie wiele black metalowych płyt, co mixtape’ów z Dirty South i oba te zbiory mierzy się w terabajtach. Ta kosmiczna rozpiętość mówi o nim wszystko i wszystko znajduje się pomiędzy tymi punktami granicznymi. W zasadzie czuję się w tej chwili mega xerobojem, gdyż to nie ja powinienem o tym w tej chwili pisać, tylko on, bo nikt nie zna się na tym lepiej. No dobra, jest to więc mały tribute to JS!

Od razu mówię, że słuchanie NSBM i pokrewnych klimatów przychodzi mi łatwiej niż pisanie o nich. Jest wiele ku temu powodów, ale zasadniczo dlatego, że słowa kluczowe w takich postach, jak ten, układają się w postmodernistyczny kalejdoskop zbiorów o (pozornie!) niemożliwej części wspólnej:

triumf woli,
szatan,
chryzantemy złociste,
black metal,
“moim honorem jest wierność”,
synteza FM,
Wotan,
crust,
Baturyn,
aryjska duma,
8-bitowe procesory,
słowiańska duma,
panzerfaust,
bór,
Teksas,
krew,
ciemność,
free improv
.

Ścisła liczba nieortodoksyjnych blackmetalowych zespołów na wschód od Odry jest mi nieznana. Ale w zasadzie nie ma miesiąca, żebym nie ściągał stąd albo stąd dziwnej kasety demo wydanej kilka czy kilkanaście lat temu przez mieszkańca Ukrainy, Łotwy czy Rosji, który w zapadłej dziurze nie pisałby swojej własnej filozofii wymierzonej w homo sapiens, albo tylko w wybrane narody. Obok tej filozofii, rzadko wyłożonej przejrzyście a już prawie nigdy nie dość dobrze udokumentowanej (to niejedyne powody, dla których nie chciałbym się nią tutaj zajmować), jest naturalnie muzyka.

Wielu muzyków mówi o sobie w kategoriach “skrajny”, ale ci wykonawcy po prostu SĄ radykalni i dlatego zasługują na uwagę. Kompletnie nie interesują ich statystyki Billboardu, nie interesują ich sąsiedzi, nie interesuje ich, czy ktoś zrozumie, co śpiewają, nie interesuje ich dobra produkcja, ani analiza twórczości przez krytyków, nie interesuje ich uśmiech, nie interesuje ich Słońce, nie interesuje ich to wszystko, co rozumiemy zwykle pod pojęciem promocji, przemysłu muzycznego, poklasku, pozytywnej wymiany energii. To nie do nich przyjedzie pan z kamerą, by zadać pytanie, dlaczego spalono w okolicy kościół. Oni są po prostu outsiderami w światku, który i tak jest na obrzeżach. Szukając jeszcze bardziej ekstremalnych nośników ekstremalnych treści, docierają do terytoriów, których istnienia najprawdopodobniej się nie spodziewali. Rozbudowanych, akustycznych improwizacji, operowych lo-fi, elektroniki zastępującej gitary. Nie uważam, żeby było przesadą porównanie małomiasteczkowego białoruskiego elektro-black z congotronics, spontanicznym noise z Iranu, leśną sztuką naiwną, Sebastianem Buczkiem nagrywającym na własnoręcznie produkowanych woskowych cylindrach, itp.

Kolejność przypadkowa. Powiedzmy, że to jest część pierwsza i że c.d.n..

RAVENDARK
ravendark

Ravendark, prowadzony przez zamordowanego w 2005 roku Ulv Gegner Irminssona, wpisuje się w nihilistyczny nurt rosyjskiego narodowosocjalistycznego black metalu, surowego jak mróz ściskający w tundrze w lutym o północy. Obok Branikald, Forest i kilku innych zespołów, Ravendark stanowi trzon dość enigmatycznej organizacji Blaze Birth Hall, zrzeszającej muzyków (i nie tylko?) zainteresowanych ideami nazi i pogańskimi. Jak łączą w jedno swastyki, cerkiew prawosławną, Wotana i swoją słowiańską krew – nie mam pojęcia.

Dość teorii. Ravendark stawia na superszybki i pozbawiony jakichkolwiek ozdobników materiał. W tej zimnej muzyce można znaleźć magię, niekoniecznie ewokującą duchy przodków. Rzecz mało finezyjna, za to rozpaczliwa, ekstremalnie drapieżna i nieociosana. Kojarzyć się może ze starą sceną norweską lub drugą i trzecią falą prymitywnego black metalu: Ildjarn czy Bone Awl, choć bez crustowego łupu-cupu. Z pokrewnych płyt zdecydowanie warto polecić Branikald z płytą “Winterkalt” – ale tam więcej jest liryki niż epiki.

Ravendark – Eternal Freezing Moon (ze składanki “Blazebirth Hall: Hammerkrieg”)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/hammerkrieg-10-ravendark-eternalfreezingmoon.mp3?attredirects=0

FOREST
forest
O ile łatwo znaleźć jakiś link pomiędzy mizantropią Ravendark a klasycznym rockowym idiomem, o tyle u kolegów z Forest jest z tym trudniej. A przynajmniej w wypadku absolutnie kosmicznego utworu “Winter Howl” wydanego po raz pierwszy na płycie “Forset” 15 lat temu. Zamieszczony niżej w całości, ukazuje ten przepełniony jadem i dumą ze słowiańszczyzny blackmetalowy zespół w formie, o jaką podejrzewać można formacje zrzeszone wokół amerykańskiego, freefolkowego kolektywu Jewelled Antler. Wskażcie mi drugi zespół, który obnosi się z totenkopfami i gra, jak Steven R. Smith. Nie będę się rozpisywać, gdyż i tak nie ujmę tego lepiej, niż jak zwykle trafiający w samo sedno koledzy z nieocenionego w takich wypadkach sklepu Aquarius Records:

Finally, one of our all time favorite black metal records, out of print forever, is available again for a limited time. For those of you who somehow missed out on Russian black metallers Forest the first time around, they struck a particularly AQ chord with their impossible Jewelled Antler meets Burzum sound, and if Burzum-meets-Jewelled-Antler is not enough to get your black metal knickers in a twist, then there is something seriously wrong with you. Absolutely at the top of AQ’s essential black metal listening list. Here’s what we had to say about Forest when we first reviewed it way back when…

Ok, this is a black metal band, but non-metallers into the improv-drone sounds of the Jewelled Antler collective, Richard Youngs/Simon Wickham-Smith and the like should keep reading!

Not to be confused with the other Forest we’ve raved about (the psychedelic British folk band from thirty years ago), *this* Forest is a Russian black metal outfit, and a pretty good one belonging to the raw, primitive, corpse-painted end of the genre. The first four tracks on here consist of blasting, frozen Darkthrone worship, keeping alive the cult spirit that so few bands today still possess — maybe because those tracks were actually recorded in 1996. Malevolent, majestic pagan metal full of Burzumic mayhem. Fans of this vein of true, trancey black metal darkness will be pleased. And if that was all that was on this disc we’d think it was cool. But then comes the fifth and final track, a surprise twenty-minute opus called “Winter Howl” taken from a 1994 rehearsal tape. Suddenly Forest isn’t so obviously black metal at all, they’ve entered a psych-drone realm that’s more akin to the aforementioned Jewelled Antler stuff (Thuja, The Birdtree, etc.) or Taj Mahal Travellers or Reynols or Amon Duul’s krautrock jams, still as forest-y and primitive as the preceding metal songs though. A wavering whispy wordless vocal winds over a bed of lost, primal percussion and haunting washes of mild feedback. Simple melody lines on guitar wander through the increasing haze, with deeper vocals providing additional layers of drone. If you really heard this in a forest you’d be mesmerized and scared, but it’s really nice and pretty (in a damaged way) when heard at home…pretty to us anyway, dunno if Kaldrad and Dagorath meant it to be so! The vocals, until they get a little more metal-ly, totally remind us of the bliss-out singing by British folk experimentalist Richard Youngs or Jewelled Antler’s pop soul Jason Honea. If Finnish avant-forest-folk folks like Avarus and Kemialliset Ystavat or the Jewelled Antler collective decided to make black metal, this is what’s we’d imagine it would sound like! Meanwhile, on the black metal side, fans of Mistigo Varggoth Darkestra, Caacrinolas, Potentiam, and other weird ones should dig this track, along with Forest’s other more typical black metal sounds. Recommended.

Cała płyta jest do pobrania tutaj

Forest “Winter Howl” (z “Forest”, 1994)

VALEFAR / ANUBI

Forest jest flagowym okrętem wschodniego blackmetalowego postmodernizmu. Za ciosem idzie litewski Valefar, który od razu ujął mnie nieoczywistością, ponieważ trudno przejść obojętnie obok zespołów posiłkujących się Casio przy produkcji black metalu brzmiącego, że zacytuję Attilę, “jak w Nintendo”. Wokalista, o ile się nie mylę od 2005 roku nie żyje, a zespół poza jednym splitem i tą taśmą nic więcej nie wydał. Poniższa 8-bitowa gotycka inwokacja poniżej pochodzi z kasety demo wydanej 13 lat temu.

Równolegle wrzucam utwór z projektu, będącego macierzystą formacją większości muzków tworzących Valefar. Mowa o równie enigmatycznym zespole Anubi, rozwiązanym w 2002 roku z powodu śmierci lidera (przez zwyczajne utonięcie, nie było żadnej zabawy w czary). Kawałek pochodzi z albumu zawierającego BM w wersji a’rebours – wysokoszumowej, pełnej hałaśliwych improwizacji, mrukliwej. Dla fanów psychodelii, Kemialliset Ystävät i Volcano The Bear.

Valefar “Asmodeuso Karo Liepsna” (z “Frigus Ex Tenebris Venit”, 1996)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/valefar_AsmodeusoKaroLiepsna.mp3?attredirects=0

Anubi “Susimastyk Ir Nusilenk (Think Over and Obey)” (z Gods Pantheon, 1993)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/04-SusimastykIrNusilenk%28ThinkOverandObey%29.mp3?attredirects=0

(BLACK) LEGION (OF DEATH) 666
black
Co można zrobić, gdy założyliśmy zespół o nazwie Legion 666? Przechrzcić się na Black Legion of Death 666! Ten białoruski projekt za którym stoi niejaki Blasphemer, dosłownie powalił mnie na kolana. O ile Valefar posiłkuje się bazarową syntezą FM, o tyle Blasphemer idzie krok dalej. Przetworzone są nie tylko instrumenty, wśród których trudno mi zidentyfikować cokolwiek poza klawiszami i perkusją. Brak gitar kompletnie nie przeszkadza, gdyż potraktowany wokoderem głos brzmi jak agonalne westchnie HAL-a, któremu z 300 kwantowych rdzeni został tylko chip do sterowania wyświetlaczem LCD. Sam Blasphemer w wywiadzie dla pewnego chilijskiego blackmetalowego zina, odcina się od black metalu, deklaruje zainteresowanie The Cure i Einsturzende Neubauten i proponuje własną etykietkę: “Primitive Satanic Electro-Chaos”.

Legion 666 ” (z “Hyms to Satan”, 1994)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/legion666.mp3?attredirects=0

DEAD RAVEN CHOIR / WOLFMANGLER
dead raven choir

Na koniec akcent lokalny i największa gwiazda zarazem. Smolken to pseudonim Piotra Klimy, zaczeprnięty z filmu Rogera Cormana. Klima stoi za Dead Raven Choir, Wolfmangler i kilkoma innymi projektami, rezyduje obecnie w Teksasie (choć jego Myspace głosi, że w Krakowie – mogęsię więc mylić). W USA w każdym razie mieszkał od czasu, gdy opuścił jako dziecko rodzinne nadwiślańskie strony. Smolken dość świadomie eksperymentuje i to chyba odróżnia go od wielu Nikiforów black metalu. Wydawał m.in. dla Last Visible Dog, współpracował z Glennem Donaldsonem z Jewelled Antler, regularnie sięgając do kultury ludowej i popularnej (śpiewając do transponowanych na teksty wywiadów z Mikiem Tysonem, poezji Rilkego albo Leonarda Cohena, czy przerabiając wiejskie przyśpiewki).

Smolken świetnie czuje się w posępnej balladzie śpiewając do wiolonczeli solo (w Wolfmangler), jak i z ekstremalnie przesterowaną gitarą (Dead Raven Choir). W obu przypadkach udało mu się stworzyć zupełnie unikalny i konsekwentny styl, który wprowadza w zdumienie każdego ortodoksa, a swoją otwartością może dorównywać takim zespołom jak Ulver.

Poniżej dwie próbki. Jedna z klasycznej epki, zawiera skondensowany folk, potraktowany papierem ściernym, druga bliżej klimatów World Serpent. Czy muszę dodawać, że jeto to mój kandydat do orderu Orła Białego, za wybitne zasługi na polu krzewienia polskiej tradycyjnej kultury?!


Dead Raven Choir
“Złociste chryzantemy” (z “Grand Ravishing Extravaganza” ep, 2002)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/05-zlocistechryzantemy.mp3?attredirects=0

Wolfmangler “Beata z Albatrosa” (z “Cooking With Wolves”, 2007)
http://sites.google.com/site/promieniowanie/bank/04.beatazalbatrosa.mp3?attredirects=0

Advertisements

Michel Chion “Audio-Vision”

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on August 18, 2009 by Kamil Antosiewicz

Michel Chion należy do którejś tam fali kompozytorów muzyki elektroakustycznej i konkretnej. Publikuje rzadko i jeśli ktoś nie wie gdzie szukać, zapewne o nim nigdy nie słyszał. Można rzucić uchem na jego “Requiem” – klasyczne dzieło musique concrète z 1978 roku, wydane pierwotnie przez INA GRM (strona, co symptomatyczne dla Francuzów, jedynie po francusku) a potem wznowione przez Sub Rosę.

Recenzja i płyta do przetestowania tutaj. Pełna biografia, jakby ktoś chciał, znajduje się tutaj.

Równolegle do twórczości muzycznej, Chion zajmuje się teorią, a ściślej związkiem muzyki i filmu. Muzyka elektroakustyczna i konkretna dość dobrze wpisuje się w postulat “kina dla ucha” – nic dziwnego, że wielu kompozytorów poświęca się równolegle komponowaniu do filmu lub studiami nad związkiem pomiędzy obrazem i dźwiękiem.

Poniżej można pobrać w całości ksiązkę Michela Chiona “Audio-Vision”, jedną z kilku które poświęcił muzyce w służbie kinematografii. Nie jest to praca popularyzatorska, zatem jeśli ktoś ma problem z klasyfikacjami i typologiami, może czuć się nieco zagubiony. Tak czy owak warto chociażby przekartkować, zatrzymująć się jedynie przy analizie warstwy dźwiękowej w takich klasykach arthouse’u jak “Persona” Bergmana czy “La Dolce Vita” Felliniego. Mimo ciężkiego kalibru, spojrzenie Chiona pomaga zrozumieć, jak bardzo muzyka i dźwięk są istotnym elementem w języku filmu i jak obie formy sztuki stymulowały się wzajemnie, od czasu, gdy seansom przygrywał taper (dzisiaj w tej roli widzimy raczej Emitera, niż pianistę) aż do narodzin dojrzałego, współczesnego kina artystycznego.



Z przedmowy Waltera Murcha:

We begin to hear before we are born, four and a half months after conception. From then on, we develop in a continuous and luxurious bath of sounds: the song of our mother’s voice, the swash of her breathing, the trumpeting of her intestines, the timpani of her heart. Throughout the second four-and-a-half months, Sound rules as solitary Queen of our senses: the close and liquid world of uterine darkness makes Sight and Smell impossible, Taste monochromatic, and Touch a dim and generalized hint of what is to come.

Birth brings with it the sudden and simultaneous ignition of the other four senses, and an intense competition for the throne that Sound had claimed as hers. The most notable pretender is the darting and insistent Sight, who dubs himself King as if the throne had been standing vacant, waiting for him. Ever discreet, Sound pulls a veil of oblivion across her reign and withdraws into the shadows, keeping a watchful eye on the braggart Sight. If she gives up her throne, it is doubtful that she gives up her crown.

Michel Chion – Audio-Vision” (Columbia University Press)

Kserując Ariela Pinka

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on August 16, 2009 by Kamil Antosiewicz

Niedawny koncert Ariela Pinka w Warszawie był sporym zastrzykiem energii. Gdy zagadałem Ariela na korytarzu mówiąc, że ku mojemu zaskoczeniu pod sceną nikt nie pogował i że w jego sercu niechybnie zakiełkował punk rock, który zajmuje miejsce niepowtarzalnej szumiącej muminkowej krainy, Ariel spojrzał na mnie urażony, mówiąc: “Gimme a break. The Germs! The Germs, man!”. Widać punk rock był w jego sercu od zawsze…

Ten żywiołowy (choć wciąż odrealniony) mikro-show budził we mnie spore oczekiwania a w efekcie zostawił wrażenie niedosytu. Ariel z zespołem na żywca brzmi fantastycznie, trzyma w napięciu i chce się paść w te jego wątłe ramiona. Ale z drugiej strony wydobywający się z dobrych końcówek mocy dźwięk nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, co Haunted Graffiti nagrywają od wielu lat na płytach. Mówię o pozbawionych produkcji, szemrzących “Lover Boy”, “The Doldrums”, czy “Witchhunt Suite for World War III”. Pleśń, kurz i kasetowe brzmienie na koncercie pryskają. Zostaje rockandroll, który nie ma w sobie tego całego flasbackowego, grundigowego ciepła. Bez niego APHG są po prostu fajnym zespołem z piosenkami o niebanalnej strukturze – i nic więcej.

Gdy posłuchałem nowego singla, który udało mi się kupić na koncercie, moje obawy potwierdziły się. Gitarowy bubblegum pop wydany na zeszłorocznym singlu “Can’t Hear My Eyes” nie jest jednorazowym wybrykiem. Na “The Doldrums” Pink radził sobie bez perkusji i do basu dogrywał bębny beatboxując, jednocześnie eksperymentował ze swoim sytezatorem. Wtedy był na tej samej orbicie, co tripujący Brian Wilson i po spojrzeniu mu w oczy na warszawskim koncercie można domyślać się, że jest wciąż równie zapętlony. Tylko że teraz gra z normalną perką, z gitarą rytmiczną, prawie bez elektroniki. I brzmi wcale nie nadzwyczajnie. Jest coraz dalej od szumiącego i psychodelicznego lo-fi, które otwierało w głowie dziwne szufladki.

Okej – trudno wskazać mi wielu artystów, którzy sięgają po “Ramaya” Africa Simona i którym to wychodzi, ale przyznacie, że to zupełnie inna para kaloszy.

Ariel Pink “Rama Ya” (singiel 2009)

Czując nadchodzące zmiany, zacząłem przetrząsać zbiory w poszukiwaniu ersatzu APHG. Artystów, których muzyka jest z jednej strony nonszalancka, z drugiej wyszukana (niektóra kawałki Ariela Pinka mają zupełnie nieoczywiste konstrukcje), z jednej dysonansowa i psychodeliczna, z drugiej miękka i tak bardzo popowa, jak tylko wpadający w ucho mógł być przesłodzony pop/soft rock z lat 80., którym ocieka kilkanaście płyt APHG. Poniżej garść kawałków, które udało i się w ostatnim czasie znaleźć, wraz z krótkimi opisami.

Gary War jest kolegą Ariela i z tego co wiem, grywa z nim w Haunted Graffiti. Nic dziwnego, że czuć tu pewne podobieństwo do starego Ariela. “Uuu… uuu… uuu…”, flanger i połamane perkusyjne kawalkady w pierwszym utworze skądś znamy, nie? Drugi, z wydanego w tym roku singla, z tandetnym syntezatorem, jest bardziej hałaśliwy i psychodeliczny. Polecam debiutancką płytę i czekam na nowy krążek, który dopiero co się ukazał!

Gary War “Good Clues” (z “New Raytheonport”, 2008)
Gary War “Zontag” (z “Zontag”, 2009)

Trudno o bliższe pokrewieństwo – R. Stevie Moore jest protoplastą lo-fi i sypialnianego rzępolenia a Ariel wychował się na nim w tej samej mierze, co na Fleetwood Mac. Obaj, wraz z Johnem Mausem i Gary Warem grali w Tonicu w 2005 roku!
R. Stevie Moore “I Wish I Could Sing” (singiel z 1978 roku)

Ariel Pink vs. R. Stevie Moore, Tonic ’05 1/5

Nie wiem o nich wiele, ale wiem jedno: Black Vatican są dla mnie kandydatami na następców Suicide – jesli będą dalej nagrywać w tej manierze co niżej. Czas pokaże, na razie wyszedł tylko split i dość nierówna płyta wydana przez Locust.
Black Vatican “Beautiful Reformer” i “Now You’ve Been Told” (ze splitu Black Vatican / True Primes, 2008)

James Ferraro w swojej kolejnej inkarnacji – tym razem bardzo piosenkowej, i jak zwykle bardzo nieczytelnej. Lamborghini Crystal powinno lecieć w Arkadii i sklepach z wziewnymi środkami do intoksykacji.

Lamborghini Crystal “Alien Microwave 1” (z “Alien Mircowave” 2007)

John Maus to kolejny kolega Ariela Pinka, obsługiwał (obsługuje?) klawisze w APHG. Ten przystojniak z Kalifornii zamieścił kilka swoich teledysków na Youtube. “Maniac” to prawdziwy klasyk zakurzonego new wave z XXI wieku!

John Maus “Pure Rockets” (z “Love Is Real” 2007)

Znowu James Ferraro AKA Monopoly Child Star Readers, tym razem z formułą, której nie powstydziłby się Jon Gibson, czy La Monte Young. Theater of Eternal Music i “Cannibal Ferrox” w jednym!

Monopoly Child Star Readers “A3” (z “Gitchii Manitou (12 Step Retrance Program For Troubled Dream Warriors) 2007”

Tyle poszukiwań. Kilka tygodni później znalazłem jakiś wątek na Hipinion albo forum Ilxor, dotyczący nowego tekstu Davida Keenana w ostatnim (albo już przedostatnim) numerze “The Wire”. Dyskusja dotyczyła dziennikarskiego szufladkowania i materiał jako taki spotkał się dość miażdżącą krytyką – a szkoda, gdyż niezależnie od faktu, czy autor zachwalał kapele, które sam dystrybuuje w swoim sklepie Volcanic Tongue i czy zasadne jest tworzenie kolejnych nisz, ukuty przez Keenana termin hypnagogic pop odnosi się do całej masy wykonawców, którzy z braku etykietek faktycznie poruszają się w gatunkowej próźni. Rzeczony tekst jest do ściągnięcia tutaj, jakby ktoś miał ochotę rzucić okiem. Okazał się on dość pomocny w omapowaniu tego psychodelicznego świata i wskazał kilka interesujących kontekstów, które ułatwiają opisanie magnetyzującej estetyki “For Kate I Wait” i innych utworów.

Keenan usiłuje znaleźć linki pomiędzy wieloma płodnymi wykonawcami z amerykańskiego podziemia (Ariel Pink, Ducktails, Pocahaunted, wspomniany parę postów niżej James Ferraro/The Skaters, Emeralds, Zola Jesus, itd.), którzy dzięki kasetom albo wydanych własnym sumptem CD-rach z odbitą na ksero okładką, w ciągu ostatnich lat wbili się psychodelicznym klinem pomiędzy scenę noise a pop (jakkolwiek idiotycznie by to brzmiało). Muzycy ze wspominanej przez Keenana sceny – być może wręcz powołanej przezeń do życia – poruszają się w estetyce, której geografię wytyczna logika marzeń sennych lat 80., miraże “pojawiających się w głowie małego chłopca, który kładzie się spać i dochodzą do niego z dystansu dźwięki muzyki pop i disco”.

Strumień tych wydobywanych z podświadomości bodźców ma korzenie, zdaniem Keenana, w estetyce lat 80., przefiltrowanej przez wrażliwość lo-fi. Wszyscy wspomianni przez Keenana muzycy z grubsza brzmią, jak dwunasta kopia przegrywanej kasety z soundtrackiem do “Miami Vice”. Ich nagrania mają tyle ziarna, co kaseta VHS pożyczana pod koniec lat 80. z wypożyczalni. Ale własnie dzięki połączeniu “niewinności i doświadczenia” (doświadczenia dojrzewania w latach kiczowatego koszmaru natapirowanych włosów i złotej ery wideo) w niezwykle kreatywny sposób są w stanie przetworzyć imprintowane echa pamięci tamtych czasów w psychodeliczną, melancholijną i tryskającą feeriami barw, oryginalną muzykę. To oczywiście zręby teorii, w której Keenan odwołuje się do Nitschego i Bóg-wie-czego-jeszcze.

Pomocne okazały się odwiedziny na blogu Keenana. Dziennikarz “The Wire” zamieścił tam kilka odnośników do hipnotycznych filmów ilustrowanych transowymi pętlami wyrwanymi z korzeniami z fluorescencyjnej rzeczywistości lat 80.. Sądzę, że owe “echo jams” (które w warstwie muzycznej gdzieś przypominają mi klasyczne plunderphonics Johna Oswalda), mogą być doskonałą wizualną referencją dla całego hypnagogic pop, w którym to zbiorze zawarty jest Ariel Pink i wszyscy wyżej opisywani, ze swoimi sennymi serenadami granymi przy użyciu pilota telewizyjnego i starych taśm VHS.

I jeszcze małyedit:
Nadrabiając zaległości na blogach nowych internetowych znajomych, rewanżuję się podlinkowaniem do postu Piotra Kowalczyka (aaa… dopiero teraz widzę koment niżej – dzięki!), który nie tak znowu dawno zahaczył o podobny temat w poście pt. Wakacje z duchami pt 2., gdzie zlinkował kilka fajnych Myspace’ów zespołów z kręgu hypnagogic.

Mexican Radio

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on August 12, 2009 by Kamil Antosiewicz

Wall of Voodoo mieli szansę, by pójść w ślady Devo, ale najwyraźniej im się nie udało. A mieli dobre predyspozycje: charyzmatycznego frontmana, Stana Ridgewaya, który miał coś w sobie z Alana Vegi, oraz nietuzinkowe brzmienie – połączenie rockabilly z nową falą i art punkiem. Obie kapele łączy z resztą zamiłowanie do filmów klasy B – Mark Mothersbaugh z Devo i Ridgeway pisali muzykę do filmów – do najbardziej znanych soundtracków Mothersbaugha należy muzyka do filmu “The Life Aquatic with Steve Zissou” Wesa Andersona.

Wall of Voodoo nie pozostawili po sobie za wielu radiowych powerplayów i zespół rozwiązal się w 1983 roku. Jedyny hicior ich autorstwa to “Mexican Radio”. Ten klip z koncertu pokazuje grupę w fantastycznej formie (sprawdźcie co wyczynia perkusista!):

Zespół rozpadł się w 1985 roku i potem podejmował niezbyt udane próby powrotu na scenę. Ale Ridgway, główna siła napędowa grupy, zaczął solową karierę i nie mógł poświęcić już tyle czasu macierzystemu składowi.

Ridgeway wszedł na listy przebojów przebojem “Camouflage”, zagranym z typową dla siebie countrowo-nowofalową manierą. Sądząc po komentarzach na Youtubie, bojowe frazy “Camouflage” śpiewają sobie pod nosem amerykańscy marines. Nic dziwnego – o duchu, który wyprowadzi cię z pola walki torując sobie drogę M16 marzy każdy żołnierz:

Wall of Voodoo jest prawdopodobnie jedyną grupą, która w zupełnie nieprawdopodobny sposób połączyła te dwie estetyki: country i nową falę. Jakby tego było mało, grzebanie w dokonaniach Ridgewaya przynosi jeszcze bardziej szokujące odkrycia! Nie bardzo wiem, jak wytłumaczyć jego fascynację preriami i banjo z fascynacją UFO, manią prześladowczą i komiksowymi klimatami ala “X-files”, którym składa hołd w utworze “The Big Hit”. Wydawać by się mogło, że to ukłon w stronę kina noir, ale sami się przekonajcie:

Do nieprawdopodobnych rozmiarów urasta to w utworze napisanym na potrzeby ścieżki dźwiękowej do francuskiego filmu “Terminus” – BTW, warto go sobie odświeżyć, bo visuale są zachęcające. Tutaj człowiek z harmonijką wpada po pachy w “Rok 1984”, “Terminatora” i “Gry Wojenne”:

Na koniec jeszcze moja ulubiona przeróbka “Mexican Radio” w wykonaniu Celtic Frost z zupełnie nieprzewidywalnej płyty “Into the Pandemonium”. T.G. Warrior wygląda jak pudel, ale w końcu to był rok 1987!

Kilka rad od czarnych braci

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on August 11, 2009 by Kamil Antosiewicz

…there was a time, when people never felt the same.
But now everybody feels the same…

Ofege “Everybody Feels The Same” (“Last of the Origins”, oryg. 1972)

Dla kogoś, kto miał półmetrowe afro na głowie i dużo palił, każdy przechodzień na przedmieściach Lagos wyglądał nudno. Ale żeby doświadczyć nudy, chyba nie trzeba jechać do Afryki, co nie? O ile Fela Kuti był porównywany z Jamesem Brownem, o tyle Ofege zestawiano z The Jacksons 5. Z tym że ci pierwsi byli o wiele mniej przewidywalni, bardziej łamali rytmy i w zaskakujący sposób łączyli chaotyczne gitarowe solówy z soulowym groovem. Decyzją rodziców chłopcy musieli zostać w szkole, dlatego po kilku płytach słuch po nich zaginął. Utwór powyżej nie pochodzi z albumu, którego okładkę wkleiłem, lecz z płyty “Last of the Origins”. Ale te dwa wielkie, czarne, środkowe paluchy więcej mówią o ich muzyce niż jakikolwiek kawałek.
============

…Business before pleasure,
there’s nothing you can do about it

George Akaeze & His Augmented Hits “Business Before Pleasure” (z “Nigeria Special: Modern Highlife, Afro-Sounds and Nigerian Blues” 2008, oryg. 1973)

Nie wiem, kto dzisiaj kupuje soundtracki do hollywodzkich produkcji i kto dzisiaj czeka na kolejnego Bonda (za wyjątkiem dziewczyn), ale jest przynajmniej jeden powód, by pójść do kina na “Quantum of Solace”. Kawałek George’a Akaeze, oryginalnie wydany na singlu w 1972 roku, trafił na jedną z wielu wydawanych dzisiaj kompilacji z nigeryjskim funkiem i beatem, a stamtąd na ścieżkę dźwiękową. To rasowy, słoneczny afrobeat, z dęciakami i roześmiany tłumem intonującym chórki. Dziewczyny po lewej, panowie po prawej. Cowbelle w dłoniach, la, la, la. Zanim zacznie się zabawa, trzeba iść do pracy, ale kto łączy jedno z drugim, śmieje się całe życie od ucha do ucha.
============

“…”

Idowu “Funkyman” Fakeye “We Gonna Make It” (z “Rare Afro and Caribbean Funk Vol.1”, 2007, oryg. ???)

Próbowalem rozkminić cały tekst, ale Idowu, chociaż charyzmatyczny, ma dykcję jak bezzębna Murzynka. Jesli ktoś odnajdzie złotą myśl w tekście, może wkleić do komentów.

Kawałek, który otwiera składankę “Rare Afro And Caribbean Funk Vol.1” zasługuje na miano afrobeatowego killera – nic dziwnego, że otwiera setki radiowych playlist. Płynąca sekcja z punktującym basem i wielowarstwową perkusją, w tle schowany wibrafon, dęciaki wtórujące wokalowi – ten numer mógłby trwać kwadrans. Szkoda, że o Idowu Fakeye nie ma w necie żadnych informacji. Trzeba poczekać, aż Afryka zdigitalizuje się kompletnie, albo pisać do osób o tym samym nazwisku na Facebooku – może wiedzą coś o swoim wujku albo dziadku, który jest dzisiaj zapomnianym kozakiem afrobeatu.
============

When cat sleep, rat go bite him tail

Fela Kuti “Trouble Sleep Yanga Wake Am” (z “Roforofo Fight”, oryg. 1972)

Wiem, że większośc woli “Zombie” czy “Expensive Shit”, ale dla mnie to jest wlaśnie Fela w szczytowej formie. Ktoś gdzieś napisał, że to jego “White Album”, że Fela pokazał się od tak wielu stron, że każdy kolejny krążek był już tylko powtórką. Tak chyba jest. Z czterech utworów zebranych na tej płycie wybrałem najbardziej liryczny. Być może najładniejszy, jaki Fela kiedykolwiek nagrał. Dwa razy wolnieszy niż pozostałe kompozycje z tej płyty, “Trouble Sleep…” jest gorzką relacją z codziennej walki o przetrwanie. Rzeczywistość z perspektywy chodnika, skąd policyjne glany widać najwyraźniej i gdzie nikt nie wyciągnie do ciebie pomocnej dłoni.
============

It’s a sad, sad world, where money is king.

Lee Fields And The Expressions “Money I$ King” (z “My World” 2009)

Lee Fields ma na okładce rozmazaną buzię i gdyby ktoś powiedział, że urodził się w 1980 roku, możnaby dać temu wiarę. Pierwsze takty ustawiają referencje gdzie indziej. Ten dżentelmen grał soul i funk już pod koniec lat 60. Ma na koncie kilka płyt – na tyle mało, że nie zdążył osiwieć od scenicznych ekscesów.

Fields kompletnie ignoruje współczesne trendy i dlatego jego comeback po latach wydaje się szczery, podobnie jak wrzucane tu i tam zamiast fucków teksty w rodzaju “A man is incomplete without a lady in his life” – taki stosunek do kobiet jest równie obcy dzisiejszym gwiazdom soulu, co maniery przy stole. Jego comebackowy album jest pokryty patyną i ma w sobie naturalną elegancję i szyk, którego brakuje współczesnym wykonawcom. Zero plastiku. W wywiadach Fields przyznaje się do fascynacji Jayem-Z a nagrywa z muzykami The Budos Band i Antibalas – brzmieniem nie odstaje wiele od klasyków z Motown, i ma porównywalny ogień.

Pozostaje powiedzieć: WOW.

Trancelike Void “Unveiling The Silent Arms Of Despair” (2008)

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on August 10, 2009 by Kamil Antosiewicz

Trancelike Void “Unveiling The Silent Arms Of Despair” (Total Holocaust Records 2008)
trancelike void

Black metal powinien być superprymitywny, nagrany w wilgotnej jaskini albo w gęstym norweskim grądzie, w przy użyciu kamienia łupanego. Powinien być zwierzęcy, nieprzyjemny i – co tu dużo mówić – zły! Tymczasem nie wszyscy wzięli sobie do serca maksymę Nocturno Culto z Darkthrone: im gorzej, tym lepiej. Cóż, słuchając ostatnich jego nagrań, słychać, że on sam dawno zdradził ideały i dryfuje w stronę wesołkowatego rockandrolla, nagranego nie w Borach Tucholskich, tylko w studio, w którym mógłby rejestrować swoje próby Tomek Makowiecki.

Odejście od leśnego redukcjonizmu pociąga za sobą w niektórych przypadkach fantastyczne rezultaty – i bynajmniej nie mówię tu o nadprodukowanych płytach Dimmu Borgir czy Immortal, czy choćby Behemocie, który ma więcej wspólnego z “Muppet Show”, niż z black metalem. Cała kategoria zespołów trzyma tylko jedno kopyto w siarce, a drugim stąpa po zupełnie innym terenie – jazzie, psychodelii, new wave, disco (tak!), noise, itp..

Jakiś czas temu zacząłem konstruować listę blackmetalowych kapel, które mają z blackiem niewiele wspólnego, albo które wykraczają poza ramy gatunku. Ta lista jest do dziś uzupełniana, liczy sobie ponad 100 pozycji i znajduje się tutaj. Z biegiem czasu zespoły tam opisywane doczekają się przybliżenia na tym blogu, gdyż stanowią fenomen, który powinien być wydobyty na światło dzienne (o ile tylko nie poniosą w ten sposób śmierci, jak hrabia Dracula) i ocalony od zapomnienia – myślę, że każdy, kto poszukuje w muzyce mniej oczywistych klimatów, powinien pozbyć się głupich uprzedzeń i sięgnąć od czasu do czasu po płytę Lugubrum, czy niemieckiego Trist (uwaga – istnieje także czeski zespół o tej samej nazwie). Ci pierwsi zasługują na miano Captaina Beefhearta diabelskiej muzyki, w dodatku z saksofonem, ci drudzy zaś śmiało łączą monumentalny dron, którego nie powstydziłby się Phill Niblock z brzmieniem wczesnego Tangerine Dream – plus mega szybka perkusja.

Lugubrum – zapis z próby

Trist – “Hin” (fragment) z płyty “Willenskraft”

Wybierając na chybił trafił, sięgnąłem dzisiaj po usypiającą epkę belgijskiego duetu Trancelike Void. TLV (w skrócie) tworzą muzycy skrywający się za inicjałami S. oraz C. Za instrumentarium służą im gitara, wokal, bas i perkusja. Przy tak klasycznym instrumentarium nie jest łatwo o oryginalność, ale inspiracje muzyków (minimal music) zdradzają, że można spodziewać się czegoś ciekawego. I tak jest w istocie. TLV poruszają się po terytorium, które doczekało się szufladki metalgaze – ktoś powie pewno, że to klasyczny depressive black metal, albo suicidal black metal. Wszystko jedno. W skrócie, gdyby My Bloody Valentine z drugiej płyty spotkało na swojej drodze Cathedral albo Emperora, prawdopodobnie graliby właśnie tak, jak Trancelike Void.

EP-ka toczy się na bardzo zwolnionych obrotach. Instrumentalnym trzonem są hipnotyczne gitary uwalniające falujące crescenda. Paradoksalnie minimal music jest tu jak na lekarstwo… Za to fani Mogwai, czy GY!BE pewno będą zachwyceni, jeśli tylko przymkną oko na ponure, skwierczące wokale. Zasadniczo nie jest to muzyka bardzo podnosząca na duchu. Pozbawiona ozdobników, akustycznych wstawek i całej postrockowej maniery (no, tu i tam słychać gitary bez przesteru), wydaje się być esencją nostalgicznego, tęsknego rocka, który szturmem wdarł się na sceny w drugiej połowie lat 90. Blackmetalowe wokale, ukryte głęboko i potraktowane bardziej jako instrument, niż nośnik treści, dodają tylko niepokoju.

Niecałe 25 minut wywołuje raczej te same emocje, które towarzyszą lekturze “Krótkiej historii czasu”. Spojrzenie w niebo ze świadomością otaczajcego nas bezmiaru nigdy nie będzie takie samo. Jak mówi zsamplowany głos w drugim kawałku, “once you’ve looked into the darkness, I think you carry it with you for the rest of your life”. Jako osoba, która spojrzała w oczy Cronosa z Venom w wieku 12 lat, dodaję te słowa do ulubionych.

Trancelike Void
“Unveiling The Silent Arms Of Despair I”

Polish Collection of the Warsaw Autumn 1956-2005

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on August 10, 2009 by Kamil Antosiewicz

warsaw autumn

Wszyscy chyba znamy wznowienia filmowe Polskiego Wydawnictwa Audiowizualnego – serie dokumentów, animacji, ostatnio także przedstawień teatralnych, które dla osób nie posiadających telewizora (takich ja ja, na przykład), byłyby zupełnie nieosiągalne. Albo wydane ostatnio przez Telewizję Kino Polska wielopłytowe boxy z klasyką polskiego kina: Skolimowskim, Konwickim i Holland. Te inicjatywy są niezwykle cenne, gdyż wydane z napisami w różnych wersjach językowych filmy trafiają nie tylko do fanów w Polsce, ale wreszcie do zagranicznych widzów. Sam byłem proszony o zamówienie kilku pozycji z katalogu PWA czy Skolimowskiego z wysyłką do Norwegii czy Stanów, gdyż kinomani zza oceanu nie radzili sobie z koślawie przetłumaczonym interfejsem polskiego sklepu internetowego.

A teraz wyobraźmy sobie coś zupełnie innego. Wszystkie te filmy wydawane są w ilości powiedzmy 500 egzemplarzy, nie mają żadnej dystrybucji, tylko rozdawane są według niezbyt czytelnego klucza różnym bibliotekom i ludziom z branży. Do kogo w ten sposób by trafiły? Do fanów, czy urzędników? Czy takie działanie służyłoby promocji polskiej sztuki filmowej? Podobnej strategii działania nie trzeba daleko szukać.

Zupełnie przypadkowo trafiłem parę miesięcy temu na 10-płytowy box z kolekcją polskiej muzyki prezentowanej w latach 1956-2005 na festiwalu Warszawska Jesień. Udało mi się ustalić, że autorem programu jest Andrzej Chłopecki i że opublikowało ją POLMIC – Polskie Centrum Informacji Muzycznej. Nakład mocno limitowany do 500 sztuk, jakby była to składanka z koncertowymi nagraniami Incapacitants. Płyty nie ma nigdzie w sklepach, jest natomiast na półkach w różnych instytucjach (choćby Bibliotece Uniwersytetu Wrocławskiego) bądź rękach prywatnych, w ramach statutowej promocji naszej muzyki w Polsce i na świecie. Oczywiście całość wyciekła do netu i krąży w formacie APE na serwerach torrentowych, czy eMule – i to praktycznie jedyna możliwość, by zapoznać się z zawartością (nie wierzę, by ktoś siedział godzinami ze słuchawkami na uszach w uniwersyteckiej fonotece).

Nie chcę przypisywać autorowi i takiej instytucji jak instytucji POLMIC złych intencji – dzięki ich zaangażowaniu ukazały się dziesiątki, o ile nie setki płyt z polską muzyką współczesną, w Polsce i za granicą. Jednak marka Warszawskiej Jesieni, zwłaszcza wykonań z pierwszych dekad działalności festiwalu sprawia, że ograniczanie dystrybucji takiego wydawnictwa wydaje się być wielkim grzechem. Przy właściwej promocji wydawnictwo to mogłoby się całkeim dobrze sprzedać nie tylko w Polsce ale i w każdym kraju, w którym jest żywa tradycja muzyki współczesnej. Niedawna publikacja nagrań Eugeniusza Rudnika ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia o tym najlepiej świadczy. Ilość komentarzy w blogosferze na jej temat jest wielokrotnie wyższa od praktycznie zerowego odzewu w przypadku omawianej kolekcji. No cóż, tym razem na pytania z zagranicy o możliwość zamówienia polskiej kolekcji z Warszawskiej Jesieni, musiałem odpowiedzieć: sorry man, it’s too limited for you.

Przy tak wielkiej ilości nazwisk i utworów trudno o highlighty. Część utworów doczekała się wielu wykonań i jest grana od czasu do czasu – choćby “Gry Weneckie” Lutosławskiego, czy “Kanon” Pendereckiego. Zdecydowanie warta polecenia jest więc płyta z nagraniami z wczesną polską elektroniką – w tym “AELA” (1970) Włodzimierza Kotońskiego. Na niej znajdziemy utwory mniej znanych kompozytorów: Andrzeja Bieżana, czy Lidię Zielińską. Kompozycja Kotońskiego skomponowanyw oparciu o tony proste (patrz niżej), jest intrygująca… Przypomina statyczne, głębokie dudnienia Eliane Radigue, czy minimalistyczne, księżycowe popiskiwania Deathprod.

Kotoński

Poniżej do odsłuchania 3 kompozycje w całości. Kotoński i dwóch młodzianów:

Włodzimierz Kotoński “AELA” (1970)

Jacek Grudzień “Ad Naan” (2002)

Tomasz Praszczałek “Mother Nature” (2003)